31 grudnia 2017

Flaminis-Exorcístæ - Część X

*

O poranku w domku starej drużyny “The Ren” było cicho i spokojnie. Nikt nie krzyczał, nie biegał, nie wyklinał na czym ten świat stoi. Dao musiał przyznać, że taki stan rzeczy mu pasuje. Z leniwym uśmiechem wkradającym się na jego wargi przekroczył próg domostwa. Rejestrując poruszenie po swojej prawej, skierował w tamtą stronę swój wzrok. Trzy duchy opiekuńcze przenikały przez ścianę tworząc półprzeźroczyste trofea ze swoich głów. Złotooki uniósł brew dostrzegając ten jakże osobliwy obrazek. Ostatecznie musiał zostawić to bez komentarza, gdyż dostrzegł, że osobniki te zostały zgładzone przez ścięcie. Zapewne nawiedzały ich tylko owe głowy…

- Ciii… - szepnął przykładając sobie palec wskazujący do ust. Duchy musiały zrozumieć, że nie chce aby budziły domowników, ponieważ skinęły swoimi lewitującymi częściami ciała i zniknęły w odmętach podłogi.

Lian skierował swoje kroki do kuchni. Ziółka od Opacho były nawet dobre, ale nie zapychające, więc wypadałoby coś zjeść. Mimo tego, że żyli w XXI wieku, to wyposażenie kuchni w domkach drużyn dawało wiele do życzenia. Najwięcej miejsca zajmował stary, kaflowy piec, w którym codziennie musieli rozpalać tuż po tym jak oczyścili komin. I choć było to denerwujące, to dawało się z tym żyć. Jednak brak kolejnego, niezbędnego sprzętu był doprawdy upierdliwy. Nie mieli lodówki. Lodownia, która znajdowała się za domkiem nie spełniała swojego zadania, ponieważ było w niej cieplej niż na zewnątrz. Nawet codzienne starania Horohoro o to, by pomieszczenie to nadawało się do przechowywania produktów spełzły na niczym. Właściwie zrobili sobie basen z ciepłą wodą, której już nie musieli grzać na piecu, więc poniekąd nadali pomieszczeniu nową funkcję. Wracając jednak do kuchni. Stary, kamienny zlew, do którego doprowadzono wodę za pomocą żeliwnych rur, które lata świetności miały już dawno za sobą stał tuż przy rządku kilku szafek z drewnianym, ponacinanym blatem do przygotowywania potraw. I tak wyglądała jedna część kuchni. W drugiej, tej z oknem wychodzącym na miasteczko, stał drewniany, ciemny stół i osiem krzeseł przy nim. Lian rozejrzał się po pomieszczeniu ze zdziwieniem rejestrując fakt, że zlew jest pusty. Był przekonany, że brudne naczynia będą na niego czekać, aż nie wróci z treningu.

- Chyba Anna powiedziała, co sądzi o niechlujstwie niektórych osób zamieszkujących ten budynek. - stwierdził i prychnął rozbawiony. - Pewnie ominęła mnie naprawdę fascynująca kłótnia między Anną, a Jun.

- Tak było, Mistrzu Lian. - Bason zmaterializował się za chłopakiem wyciągającym patelnię z jednej z szafek.

- Długo kazałeś na siebie czekać Bason. Jakieś problemy? - zapytał odwracając się do ducha przodem.

- Na szczęście nie, Mistrzu Lian. Pani Anna ma bardzo lekki sen, dlatego wolałem odczekać zanim pojawiłem się u pańskiego boku. - odparł kłaniając się przed złotookim.

- Hm… Dobrze, opowiedz mi, co się działo podczas mojej nieobecności, a ja w tym czasie zrobię jakieś śniadanie. - powiedział zaglądając do szafek. - Cóż, los zdecydował. Dziś na śniadanie omlety, gdyż nikt nie zawracał sobie głowy, aby zrobić zakupy.

- Mistrzu Lian… Panienki i panowie byli zbyt zdenerwowani pańskim treningiem, aby myśleć o czymś tak przyziemnym jak zrobienie zakupów.

- Może i tak Bason. - powiedział wylewając przygotowaną masę na patelnię. - Jednak, wróciłem i jestem tak wygłodniały, że połknąłbym konia z kopytami, a w domu są tylko jajka. - prychnął i spojrzał na swojego stróża. - Jestem mężczyzną i chcę mięsa.

- Och…
*

Przyjemny zapach śniadania rozniósł się po całej okolicy. Dobie Village słynęło ze swoich restauracyjek i kafejek, ale domowe posiłki miały swoją własną magię, której nikt nie potrafił okiełznać. Właśnie taki magiczny posiłek postawił na nogi mieszkańców jednego z domków.

- Śniadanie! - wrzask Choco zatrząsł budynkiem w posadach, gdy ten jak słoń zbiegał z piętra prosto do kuchni.

Zdziwienie pozostałych mieszkańców wzrosło, gdy ciemnoskóry chłopak wyturlał się z pomieszczenia szybciej niż tam wbiegł. Odpowiedź na ich niezadane pytania pokazała się w przejściu do pomieszczenia nazywanego sercem każdego domu. Złotooki, który zdążył się już przebrać w bordowy bezrękawnik i czarne dżinsy zarzucił sobie ścierkę, której używał podczas gotowania na ramię i założył ręce na piersi. Przechylił głowę w prawo pozwalając, aby włosy związane na czubku głowy w długą kitkę opadły mu na ramię i rozpoczął swoją codzienną tyradę na temat dobrego wychowania. Przez dobry kwadrans Lian wydzierał się na biednego Choco strofując go niczym krnąbrnego nastolatka, który znów wrócił do domu po ciszy nocnej.

Anna odetchnęła z ulgą widząc narzeczonego w pełni sił. Bardzo się bała, że przeceniła siły tego irytującego młodzieńca. Na szczęście nie pomyliła się.

- Widzę, że wrócił. - Niebieskowłosy szaman z północy oparł się o barierkę u szczytu schodów tuż przy młodej medium.

- Pięć dób. - odparła posyłając chłopakowi spokojny uśmiech.

- Dokładnie. - zaśmiał się widząc pochylającego się przyjaciela nad zmaltretowanym Chocolove. - Lian, bufonie zostaw już tego komika od siedmiu boleści i pozwól nam wejść do kuchni! - zawołał schodząc ze schodów w towarzystwie Anny.

Jun i Silva już dawno stali przy złotookim, a panna Dao próbowała pochwycić brata w swoje nadopiekuńcze sidła.

- Nie obrażaj mnie, niebieska skarpeto. Kiedy mnie tu nie ma, to ty powinieneś pamiętać o dobrze osób zamieszkujących ten budynek. - warknął wycierając dłonie w ścierkę zanim wyciągnął je w stronę dziewczyny.

- O czym ty mówisz, którtkomajktu?! - prychnął wymachując pięścią w jego kierunku.

- Na przykład o tym, że w całej kuchni jedynymi rzeczami do jedzenia były jajka, trochę mąki i pół pomidora, albo o tym, że nikt nie zamknął drzwi na klucz i mogli was okraść, albo nawet zabić, bo tak chrapiecie, że umarłego byście obudzili. Och, a może o tym, że wszystkie nasze pieniądze leżą przy otwartym oknie, na wierzchu wprost prosząc złodzieja, aby je zabrał? Nie mówiąc już o taktykach walk rozłożonych w salonie. Normalnie zostawić was samych nie można! - powiedział przyciągając blondynkę do siebie, objął ją i delikatnie pocałował w czoło.

- Lian, braciszku. Przecież o pieniądze nie musimy się martwić. - odparła Jun. - Na koncie mamy ich naprawdę dużo.

- Po pierwsze Jun, to są rodowe pieniądze i muszą zostać dla przyszłych pokoleń. Nie możesz ich wszystkich wydać. Po drugie nikt nie powiedział, że będziemy sponsorować Wielki Turniej Szamański. Ojciec zapłacił już wystarczająco dużo, aby ta maskarada w ogóle się odbyła, więc nie mam zamiaru dorzucić się nawet złamanym yuanem. - Lian całkowicie zignorował wymuszony napad kaszlu Silvy. - Dlatego nie będziemy się stołować w restauracjach. Świeże produkty są tańsze i o wiele zdrowsze niż te ociekające tłuszczem amerykańskie potrawy. Teraz zjemy to liche w składniki śniadanie, a zaraz po tym Horokeu oraz Chocolove pójdą na targ i kupią wszystko z przygotowanej przeze mnie listy. - zamilkł na chwilę przyglądając się zgromadzonym. - Nikt nie ma pytań? Doskonale. Siadajmy do stołu.

Złotooki poprowadził blondynkę do stołu i odsunął jej krzesło, aby mogła usiąść przed talerzem z największą ilością pomidora.

- Dlaczego Anna ma najlepszego omleta za wszystkich?! - Choco wycelował w blondynkę palcem z jawnym oskarżeniem o zamach stanu.

- Ponieważ Anna je za dwoje. - odparł Horokeu nawet nie podnosząc spojrzenia znad swojej porcji. - Hm… Muszę przyznać bufonie, że do talentu Ryu jeszcze trochę Ci brakuje, ale ten omlet jest naprawdę dobry.

- Dzięki, niebieska czapo. Chociaż podejrzane te twoje pochwały. - odparł podsuwając swój talerz bursztynowookiej, która już czatowała jak dobrać się do jajek na jego talerzu. - Jedz Anno, potworek musi jeść.

- Nie będę oponować. - odpowiedziała pochłaniając większą część porcji chłopaka. - Robisz wyśmienite omlety, ale dodałabym do nich wasabi.

- Wasabi? - zapytała Jun posyłając dziewczynie zdziwione spojrzenie.

- Tak, pomidor nadaje potrawie słodki smak i brakuje mi tu odrobiny pikanterii. Lian dopiszesz chłopakom do listy wasabi? I marchewki! - zakrzyknęła, gdy chłopak wychylił się po listę zakupów.

- Marchewki? - ponownie zapytała Jun.

- Tak, mam ochotę na ugotowane marchewki z miodem i wasabi. - odpowiedziała podkradając jedzenie z talerza Horokeu.

- Proszę Anno, jedz. - powiedział niebieskowłosy podsuwając talerz dziewczynie. - Jakoś straciłem apetyt, ale skoro ty ciągle jesteś głodna to proszę, nie krępuj się. - stwierdził wycierając usta w serwetkę. - Może dopiszemy do listy ogórki konserwowe?

- Możemy, z powidłami śliwkowymi muszą być pyszne.

- Na pewno Anno, na pewno… - odparł Horo, kiedy Jun, Silva i Choco wybiegli z domku zielonkawi na twarzach.

Lian z krzywym uśmieszkiem dopisywał kolejne pozycje do listy zakupów spoglądając, co jakiś czas na drobną blondyneczkę.

- Anno, skoro Jun już wie, że jesteś w ciąży, to najwyższy czas abyśmy się pobrali. - powiedział odkładając długopis na blat.

- Jak chcecie to zrobić? - zapytał Horo.

- Moja matka już dawno wszystko przygotowała.

- No tak, o co ja pytam, głupi ja. - stwierdził kręcąc głową.

- Dokładnie, dobrze, że się do tego przyznajesz. - prychnął i wrócił do głównego tematu. - Matka na pewno ma już wszystko przygotowane, więc brakuje tylko pary młodej i gości.

- Wydaje mi się, że najbezpieczniej będzie jak pojedzie z Wami tylko Jun. Może ewentualnie z Silvą. Coś jakby grupowe spotkanie z przyszłymi teściami. - zaproponował opierając łokcie na blacie. - Zaproszenie kogokolwiek z zewnątrz może być zbyt nieodpowiedzialne.

- Nie martw się Horo. - odpowiedział mu złotooki. - Nie zaproszenie głów rodów szamańskich na ożenek jednego z nich jest najgorszym przypadkiem zniewagi, jaki mogą sobie wyobrazić.

- Teraz dopiero zaczynam się martwić. - odparł posyłając przyjacielowi piorunujące spojrzenie.

- Jak już mówiłem, jest to niepotrzebne, ponieważ wspiera nas sam Król Duchów.

- Co? - Anna i Horokeu spojrzeli na chłopaka, który się do nich uśmiechnął w odpowiedzi.

- Przedstawiam wam Feimei. - powiedział kładąc dłoń na swoim ramieniu. Sekundę później pojawiła się za nim dziewczyna odziana w granatowe kimono z wyszytymi na nim srebrną nicią gwiazdami. Jej oczy były lodowobłękitne, a włosy proste i białe niczym śnieg. Jej dłoń spoczywała na ramieniu złotookiego, gdzie pozwoliła sobie na splecenie ich palców ze sobą.

- Witaj Anno, witaj Horokeu. Cieszę się, że w końcu mogę z wami porozmawiać. - Jej cichy, melodyjny głos wywołał wszystkowiedzący uśmiech na twarzy blondynki.

- Witaj druga żono głowy rodu Dao. - Anna pochyliła głowę przed dziewczyną oddając jej szacunek, na który zasługiwała.

Białowłosa posłała blondynce czuły uśmiech. Wybór Liana okazał się doskonały. Mimo bycia drugą żoną wiedziała, że Anna nigdy nie nadużyje swoich praw względem niej oraz, że nie będzie zazdrosna o więź, która stworzyła się między nią, a Lianem.

- Dziękuję za powitanie pierwsza żono głowy rodu Dao. - odparła również pochylając głowę.

- Skoro tradycyjne powitania mamy już za sobą. - przerwał spoglądając na rozchichotane dziewczyny - To musimy obgadać jedną sprawę. - dokończył sięgając po plik związanych pergaminów.

- Dlaczego mam wrażenie, że mi się to nie spodoba? - Horokeu westchnął pochylając się w stronę złotookiego.

- Bo Ci się nie spodoba. - odparł. - Musimy przywołać Asakurę. - powiedział rzucając papiery na stół.

- Słucham? - zaoponowała Anna.

- Hao wiedział coś więcej niż nam mówił. Z jego notatek - wskazał na plik pożółkłych kartek - można wywnioskować, że to co się stało z Yoh jest następstwem jednego z dwóch rytuałów. I…

- I? - Blondynka pociągnęła temat wpatrując się w chłopaka jak sroka w gnat.

- Przykro mi Anno, ale nie potrafię powiedzieć czy Yoh kiedykolwiek żył. - westchnął pocierając przez chwilę oczy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Yoh prawdopodobnie jest cieniem. - oznajmił, a Horo wciągnął głośno powietrze przez zaciśnięte zęby.

- Jakim cieniem? Nie odpowiadaj mi półsłówkami!

- Anno,Yoh jest cieniem Hao. - Horokeu sapnął zaciskając dłonie na swoich włosach. - On jest maszynką do zabijania!

- Słucham?!

- Anno, kiedy Yoh zabił Hao w kręgu totemów… Buddo… On stracił obiekt do niszczenia. Teraz nic nie trzyma go w ryzach! Musimy powiadomić Radę!

- Horo i myślisz, że nam uwierzą? Yoh jest pierwszorzędnym kandydatem do korony króla szamanów. Rada chce, aby to on wygrał. Poza tym Asakurowie nie przyznają się do stosowania zakazanych rytuałów. - Lian spojrzał na pobladłą Annę i chwycił ją za dłoń. - Teraz musimy zrobić wszystko, aby ochronić Annę i potworka. Yoh nie da rady ponownie spłodzić potomka, dlatego myślę, że Asakurowie rozpętają piekło na ziemi.

- Cholera… - sapnął niebiesko włosy. - Wiedziałem, że TA wiedza mi się nie spodoba. - westchnął wstając od stołu. - Idę wysłać wiadomość do mojej wioski, jako syn wodza będę świadkiem waszego zamążpójścia.

- Horo?

- Spokojnie. - uniósł dłoń w geście uciszenia dziewczyny - Zrobię, co w mojej mocy, aby zapewnić Wam bezpieczeństwo. Tylko mi coś obiecajcie…

- Co takiego?

- Nie pozwolicie Hao na samowolkę, prawda?

- Spokojnie bałwanku, Pan Zapalniczka nie zbliży się do ciebie nawet na krok. - sarknął posyłając przyjacielowi krzywy uśmiech. - Nie będzie mógł zrobić nic, na co nie pozwoli mu Feimei.

- Jendakże, zanim Anna będzie mogła go przywołać, to ja muszę go odnaleźć po drugiej stronie. - powiedziała białowłosa. - Nie możemy pozwolić na to, aby Pan albo konkubiny dowiedziały się o przyzwaniu jednego ze zwycięzców. - dodała widząc nierozumiejące spojrzenie zebranych. - To może wydać nas przed Asakurami, ponieważ Pan jest jednym z nich.

- Teraz to mam wielki powód do zmartwienia! - zawołał rozkładając ręce. - I niech nikt mi nie mówi, że mam się nie martwić!
- Jak sobie życzysz. - odpowiedziały mu dziewczyny wywołując śmiech u Liana.

C.D.N.

31 sierpnia 2017

Flaminis-Exorcístæ - Część IX


*

Kiedy dzwonek wyroczni zadzwonił oznajmiając, że Turniej zostaje wznowiony miała mieszane uczucia. Nie wiedziała, czy chce ponownie uczestniczyć w walkach, tym bardziej, że jej mistrza już przy niej nie było. Ona sama nie mogła opuścić terenów pustynnych, ciągle coś ją tam trzymało, więc osiadła w najbliżej założonym miasteczku. Na początku było jej trudno, ale umiejętności jakich nabyła podczas towarzyszenia swojemu mistrzowi okazały się zbawienne. Turniej przerwano na cztery długie lata i choć dla szamanów to tyle, co nic, jej ten czas dłużył się niemiłosiernie.

Tym razem na dotarcie do Dobie Village szamani dostali tydzień. Najwyraźniej rada nie spodziewała się napływu ludzi ze wszystkich stron świata. Ona też się tego nie spodziewała. Codziennie widziała przejeżdżające auta, a w nich najwyżej czworo szamanów, którzy mieli zamiar spróbować swoich sił w turnieju. Oczywiście najwięcej zamieszania sprawiła szalona, a zarazem najbardziej znana grupka szamanów. Z Yoh Asakurą na czele robili niemało hałasu, jednak ten hałas nie wydawał się być tak szczęśliwy, jak jeszcze przed czterema laty. Wszyscy wydawali się dojrzalsi, doroślejsi, mężniejsi, a jednak wciąż praktykowali dziecinne igraszki. Obserwując ich jej serce ściskało się z żalu. Nie widziała w jaki sposób pokonali jej mistrza, ale może to i lepiej? Może tak miało właśnie być? Może tak, tylko… Tylko, dlaczego wyczuwa tak przytłaczającą moc? Już kiedyś to czuła. Bała się tego strasznie, a zdenerwowanie mistrza potęgowało jej obawy. Mówił wtedy, że musi TO zniszczyć, że TO nie może istnieć! Dlaczego, więc? Dlaczego ten odór rozchodzi się po miasteczku? Dlaczego ten smród otacza tą grupkę szamanów? Dlaczego ten fetor wydobywa się z foryoku Asakury?

Nie, dlaczego ten fetor wydobywa się z duszy Asakury? Dlaczego jego dusza gnije i nikt mu nie pomaga?

Czyżby mistrz zawiódł?

Jeśli tak, to ona musi sprostać temu zadaniu. Jeśli mistrzowi się nie udało, to ona znajdzie sposób na zniszczenie tej mocy. Mistrz chciał tego dokonać sam, ale ona nie popełni tego błędu. Znajdzie sobie sprzymierzeńca, który mógłby dorównać mistrzowi!

Musi się jednak pośpieszyć, jeśli chce zdążyć. Turniej rozpocznie się za dwa dni, akurat tyle czasu zajmie jej dotarcie tam o własnych siłach. Musi zabrać wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a w tym księgi i zioła, bez których jej mistrz nigdy nie mógł się obejść. Miała nieodparte wrażenie, że i tym razem będą bardzo potrzebne.

Musiała się tylko skupić i odnaleźć najkrótszą trasę do Dobie Village, a w międzyczasie przyjrzeć się mijającym ją szamanom. Musiała znaleźć tego, który sprosta naukom jej mistrza, albo takiego, który zostanie przez nią pochłonięty.

- „Jak się nie ma, co się lubi…” – zacytowała. Do małej, brązowej torby wrzuciła wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyła biegiem w stronę piasku na horyzoncie.

*

Feimei siedziała na atłasowej pościeli opierając się o wezgłowie łoża, które służyło jej jedynie jako ładny element wystroju wnętrza. Nie było ono niezbędne, w końcu jako upiór wcale nie musiała spać.

W dłoniach trzymała swoje drogocenne lusterko, w którym widziała odbicie tafli wody. Woda była w nieustannym ruchu, dlatego twarz młodzieńca to pojawiała się, to rozmywała sprawiając wrażenie pogrążonego w stuletnim śnie.

- Błagam, obudź się. - szepnęła. - Obudź się, mój śpiący królu.

Biała Zjawa pierwszy raz w całym swoim pozagrobowym życiu zapłakała. Zdziwiona przetarła policzki. Zaczęła odczuwać emocje.

- Obudź się, mój królu… Obudź się… - szeptała ledwo uchylając blade wargi.

*

Obserwowała szamanów przez ostatnie miesiące. Nie wiedziała czy ma się śmiać, czy płakać. Poziom turnieju drastycznie spadł, a walki rozgrywały się na jedności ducha. Przynajmniej ona miała takie wrażenie. Po tym jak była świadkiem ogromu mocy należącej do Hao Asakury, nie potrafiła zrozumieć pychy należącej do tych słabych szamanów. Ledwo tworzyli kontrolę ducha, a pchali się po koronę króla duchów. Jedynymi utrzymującymi poziom byli X-WALS oraz wesoła gromadka. Zdecydowała się wybrać jednego z tych silnych szamanów. Najlepszym materiałem na kolejnego mistrza byłby Yoh, równie potężny jak Hao, ale równie zgniły i martwy. Przyglądała się Horokeu jednak jego uwielbienie i oddanie tylko jednemu żywiołowi było zbyt jednotorowe. Nie sprawdziłby się jako władca wszystkich żywiołów. Jej wzrok skupił się na Lysergu, który rozważny i spokojny mógłby uchodzić za wzór mistrza, ale jego nienawiść do wszystkiego, co było związane z Hao eliminowała go na wstępie. Nad Marco nawet się nie zastanawiała, on zrobiłby wszystko dla swojej pani, ale ta pani nie chciała nawet widzieć w młodszym Asakurze jakiegokolwiek zła.

Zastanawiała się i zastanawiała, aż jej dzwonek wyroczni zabrzmiał. Przekonana o tym, że ponownie zmiesza jakiegoś podrzędnego szamana z błotem odczytała wiadomość i przeliczyła się. Na jej dzwonku widniało imię i nazwisko jej przyszłego partnera w walkach. Jego kandydaturę odrzuciła na wstępie, stwierdziła, że osoba z tak silnym charakterem i żelaznymi zasadami nie będzie chciała jej nawet wysłuchać. Co prawda nie odczuła od niego jakiejkolwiek agresji, ale również nie traktował jej z życzliwością. Zawsze wiedział kiedy była w pobliżu, dlatego nie obserwowała jego treningów oraz nie wiedziała jak dużą mocą dysponuje. Zawsze miała wrażenie, że bawi się ze swoimi przeciwnikami, najpierw pozwala im na objęcie przewagi, a potem w zawoalowany sposób wygrywa z nimi. Był przebiegły i zwinny, myślał nad każdym swoim posunięciem… zachowywał się jak drapieżnik polujący na zwierzynę, a żeby ta mu nie uciekła to zamęczał ją swoimi gierkami. Urodzony, by wygrywać.

- Mistrz chciał mieć go przy sobie. Widział w nim ogromny potencjał i pragnienie. - pomyślała drapiąc się wypielęgnowanym paznokciem po policzku. - Może, przy wielkiej pomocy przodków, uda mi się go skusić wiedzą z ksiąg Mistrza…

Uśmiech wpłynął na jej usta. Przymknęła oczy i wystawiła twarz do ostatnich tego dnia promieni słońca.

*

Otaczał go spokój. Wszystkie bodźce jakie rejestrował były delikatne i człowiek miał wrażenie, że jak najbardziej są na swoim miejscu. Dźwięki i zapachy współgrały ze sobą tworząc harmonijny obraz w umyśle młodzieńca. Nie potrzebował otworzyć oczu, aby wiedzieć, że znajduje się na równej przestrzeni porośniętej wysoką trawą, z którą wiatr urządza sobie tańce. Wystarczy, że wyciągnie przed siebie rękę, a poczuje łaskotanie wywołane przez rośliny... Jednak ręka wcale się nie uniosła. Nadal spoczywała na udzie, a on nadal siedział na wygładzonym przez wodę głazie. Teraz, jednak zaczynał… budzić się? Tak, to dobre porównanie. Zaczynał budzić się z wewnętrznego snu. Nie mógł jeszcze poruszać swoim ciałem, ale miał władzę nad myślami, a powoli wracały mu zmysły. Usłyszał szum opadającej wody i poczuł wilgoć w nozdrzach, skojarzyło mu się to z zapachem powietrza tuż po burzy. Możliwe, że padało, gdy on sobie medytował. Opadające na jego ciało krople spowodowały nagły dreszcz, a przez uchylone w szoku wargi dostała się woda. Życiodajny płyn złagodził suchość gardła, co pozwoliło na moment skupić się tylko na jednej czynności. Na przełknięciu wody. I, chociaż czynność jak każda inna, tak teraz sprawiła mu naprawdę sporo problemów. Zakrztusił się i musiał wykaszleć wodę, która dostała się do płuc. Palący ból przeszył jego klatkę piersiową, ale dzięki temu odzyskał władzę nad ciałem. Pochylony do przodu z dłonią przyciśniętą do mostka zaczerpnął niespokojny oddech. Knykciami drugiej ręki przetarł twarz z nadmiaru wody i dopiero wtedy uchylił powieki. Na szczęście Budda się nad nim zlitował i przebudził się nocą. Zmrużył delikatnie oczy nadając kształtom i cieniom ostrości.

Na kamieniach otaczających jeziorko siedziała dziewczyna. Za nią odbijała się pomarańczowa łuna, więc musiała rozpalić ognisko w takim miejscu, aby blask nie zrobił mu krzywdy. Przyjrzał się jej uważnie. Opatulona była długim płaszczem z kapturem, spod którego widać było tylko jej stopy odziane w sandałki z rzemykami. W dłoniach trzymała książkę z ciemną okładką i, co jakiś czas, przesuwała palcem po fragmencie tekstu. W pewnym momencie przestała, zatrzasnęła książkę i uniosła twarz do niego. Kaptur opadł na ramiona, a krótkie loki zatańczyły dookoła twarzy nastolatki.

No tak, w końcu Opacho nie jest już małym dzieckiem.

*

Nastoletnia afrykanka uśmiechnęła się widząc zmarzniętego młodzieńca brodzącego w jej kierunku. Fioletowe włosy zostały odgarnięte na plecy, a twarz ozdobił nieczytelny, choć kalkulujący grymas.

- Witaj Opacho. - Głęboki, lekko zachrypnięty głos opuścił zdrętwiałe wargi wprawiając swojego właściciela w osłupienie. Przecież miał go o wiele wyższego…

- Witaj Dao. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się fizycznej zmiany. Prędzej brałam pod uwagę możliwość twojego nawrócenia na ścieżkę różu, pluszu i tęczowych jednorożców. - zakpiła podając chłopakowi blaszany kubek z płynem w środku. - Siadaj przy ogniu. - wskazała miejsce naprzeciwko siebie.

- Naprawdę? Plusz? - zapytał zniesmaczony. - Cóż to takiego? - dodał wąchając napar w blaszaku.

- Zioła na wzmocnienie. - odpowiedziała - I serio, brałam pod uwagę plusz. W szczególności po tym, co wyczytałam z ksiąg Mistrza na temat tego oczka wodnego. - dodała wskazując palcem na jeziorko za sobą. - Mówię Ci, ciekawy wytwór Foryoku.

- Hao wiedział o tym miejscu? - zapytał szukając w pamięci wzmianki o umiejętnościach Asakury.

- Tak, możesz tego nie wiedzieć, ale tak samo jak Anna, Mistrz Hao posiadał Reishi. - sięgnęła po książkę leżącą obok - To zapiski z pierwszego turnieju, w którym mój Mistrz brał udział. Pozwolę Ci je przeczytać, ponieważ wiem, że dojedziesz do rundy finałowej i zmierzysz się w walce z Yoh Asakurą.

- Dlaczego uważasz, że będę chciał walczyć z Yoh? - zapytał czując podskórnie, że informacje z tej księgi pomogą mu w wielu aspektach.

- Dlatego, że ty też czujesz jak jego dusza się rozkłada.

C.D.N.

Nastoletnia Opacho

4 lipca 2017

Flaminis-Exorcístæ - Część VIII

Koniec sesji = powrót do życia :)

*

Feimei Fushimi, niegdyś najsilniejsza kapłanka z Szarych Gór, której nie obce było wykonywanie wszelakich egzorcyzmów. Przeganiała zawistne duchy pomniejszych bożków, odprawiała z kwitkiem ludzkie dusze pełne żalu i boleści. Nigdy nie pomyślała o tym, aby wysłuchać delikwenta, zawsze na piedestale stało dobro ofiary. Może, gdyby chociaż raz postanowiła wysłuchać agresora… Nie czułaby się, aż tak okropnie.

Posłużyła się Klątwą Nawiedzenia.

Jej ofiarą był potomek Tego, który ją pokochał. Nawet imię mieli to samo. Te same znaki symbolizujące czystość, obfitość i… Tak, płodność. Zawsze bawiło ją nadawanie takiego typu imion mężczyznom. Jednak, teraz nie było jej wcale do śmiechu. Pierwsza próba kontaktu, którą wystosowała do panicza Dao spełzła na niczym. Prawdopodobnie pora dnia była nie ta. Do samego zmierzchu lewitowała sobie tuż obok niego. Z nudów dokuczała mu niczym mały chochlik. Odpinała guziki koszuli, luzowała pasek spodni, zsuwała frotkę z włosów, nawet szczypała w płatek ucha. I chociaż chłopak zdawał sobie sprawę z jej obecności, to nie mogli w żaden sposób się porozumieć.

Przełom nastąpił, gdy Itako z prefektury Aomori rozpoczęła trening przy Świętej Wodzie.

Trening, który nieopatrznie zakłóciła.

Była tak zachwycona i wzruszona momentem, w którym ją zauważył, że nawet nie spostrzegła, kiedy znalazła się w wodzie. Skupiona była tylko na jego oczach, oczach pełnych rozwagi i surowości, w których gdzieś hen na dnie lśnił blask mądrości i bezpieczeństwa. Chciała tyle mu przekazać, ale nawet nie zdążyła otworzyć swoich ust. Moc Świętego Wodospadu odrzuciła ją na znaczną odległość jednocześnie spowiła ona młodego szamana nakazując mu duchowy sen. I chociaż młodzieniec opierał się jak tylko potrafił, to nie udało mu się odeprzeć tej ingerencji w jego umysł. Powieki stały się ciężkie, ciało nie chciało się ruszyć, a paradoksalnie spokojny szum wody zaczął zagłuszać wszystko, co działo się na stałym lądzie. Otoczyła go pustka. Pustka, z której nie miał sił się wydostać.

*

Blondynka ubrana w czarną sukienkę do kostek w stylu boho siedziała przy stole ogrzewając dłonie kubkiem z herbatą. Zamierzała ponownie przesiedzieć cały dzień przy jeziorku z arktycznie zimną wodą. Zastanawiała się, co będzie jej potrzebne, aby przeegzystować kolejny dzień.

- Anno? – Z zamyślenia wyrwał ją głos Jun. Dziewczyna stała w progu kuchni trochę przygarbiona z zaplecionymi wokół siebie rękoma. Była wyraźnie zmartwiona.

- Tak, Jun? Chcesz zapytać o Liana? – domyśliła się, nie musiała nawet czytać w myślach kobiety, aby wiedzieć, co leży jej na sercu. – Usiądź. – zaproponowała wskazując miejsce naprzeciw siebie.

Zielonowłosa skorzystała z zaproszenia i niepewnie usiadła na krześle. Posłała szwagierce wyczekujące spojrzenie, jednocześnie zaciskając usta w wąską kreskę. Dla niej było niedopuszczalne to, że zostawili Liana samego pośrodku jakiegoś bajora, a fakt, że siedział tam już trzecią dobę dodatkowo ją denerwował. Jednocześnie potęgujące się z każdym dniem napięcie Anny dawało jej jasno do zrozumienia, że coś jest bardzo nie tak.

- Anno, powiedz mi. – wydusiła z siebie zachrypnięty skrzek. Sama skrzywiła się na dźwięk swojego głosu i po odchrząknięciu dodała – Powiedz mi, co się dzieje z moim bratem.

Blondynka ze spokojem spojrzała przez okno wychodzące na mniej ruchliwą część Dobie Village. Starała się ubrać w słowa to, co działo się z młodym Dao. Nie było to łatwe zadanie.

- Jun… – zaczęła wracając spojrzeniem do dziewczyny. – Wszystko jest jak najbardziej w porządku. – Kłamała. Kłamała, bo nic nie było w porządku. Lian powinien już dawno być w domu i przygotowywać się do walk ze swoim partnerem. Partnerem, którego notabene wciąż nie znali. Powinien szturchać ją palcem wskazującym w brzuch, a następnie podawać kolejną porcję jedzenia dla “Potworka”. Powinien sprawiać, aby czuła się bezpiecznie, bo obiecał…

- Nie okłamuj mnie, Anno. – powiedziała zaciskając palce na swoich ramionach. – Nie jestem z porcelany. Pamiętaj, że również jestem Dao. Jestem One-chan dla chińskiej mafii, moją skórę naznacza tradycyjny tatuaż Triady. – zasyczała, gdy skóra ramion została przebita przez długie, wypielęgnowane paznokcie. – Ja również potrafię być niebezpiecznym przeciwnikiem.

- Zdaję sobie z tego sprawę, Jun. – odparła prostując się na krześle. Uniosła brodę we władczym geście rozsiewając dookoła aurę pewności siebie. Zielonowłosa przechyliła delikatnie głowę i uniosła wąską brew w wyrazie powątpiewania.

- Anno opowiedz mi, co się tam stało? – zażądała uderzając pięścią w blat stołu.

- Lian został uwięziony pod Świętym Wodospadem. – szepnęła wpatrując się w ciecz na dnie glinianego kubka.

- Słucham? Jak to uwięziony?! I pod jakim wodospadem?! – Jun zerwała się ze swojego miejsca z hukiem przewracając krzesło i wazon stojący pomiędzy nią, a Anną. Kwiaty rozsypały się po blacie, a woda spokojnie torowała sobie drogę ku skrajowi stołu. Blondynka śledziła maleńkie strumyczki pełzające po chropowatym podłożu. W jednym miejscu dzieliły się na kilka mniejszych, aby później złączyć się ponownie w większą kroplę. Nieprzerwalnie brnęły do celu.

- Święty Wodospad jest miejscem, w którym Itako mogą oczyścić swoją duszę po przenoszeniu i wzywaniu duchów z zaświatów. Niewiele osób wie, że ma jeszcze jedną funkcję. Zaprowadziłam tam Liana, aby odzyskał spokój. Kiedy się rodzimy spoczywa na nas piętno z zaświatów, jest to wewnętrzny balans utrzymujący nasze istnienie w harmonii. Możesz się dziwić, ale nie chodzi mi o harmonię ze światem zewnętrznym. Tu chodzi tylko o nas samych. O nasze potrzeby fizyczne, mentalne i duchowe. Te należące do Liana były zakłócone przez… chyba wszystkie możliwe czynniki. Przynajmniej te, o których mam jakieś pojęcie. – przerwała. Wstała od stołu i sięgnęła do zlewu po szmatkę, którą zaczęła wycierać ciecz z blatu. Jun podeszła do dziewczyny i stanowczym ruchem wyrwała jej szmatkę z ręki.

- Mów! – wysyczała ciskając ścierką na drugi koniec blatu. Jej oczy wyrażały zarówno wściekłość, jak i zmartwienie.

- Co mam Ci powiedzieć, Jun? – szepnęła – Mam dać Ci złudną nadzieję, że będzie dobrze? Tego chcesz? Ja nie wiem, czy będzie dobrze! Nie wiem, czy Lian do Nas wróci! Boje się, że przez moją nadgorliwość stała mu się krzywda! On nie reaguje na nic! – krzyczała – Od trzech dni Lian siedzi pod arktycznie zimnym wodospadem…

- I pewnie posiedzi kolejne dwa. – Dziewczęta podskoczyły na dźwięk obcego głosu. W progu, oparty o futrynę stał Horo. Jego wzrok utkwiony był w kalendarzu wiszącym na przeciwległej ścianie. – Ren wyjdzie spod wodospadu za dwa dni. Dokładnie o tej samej porze, o której pod niego wszedł. – dodał spoglądając na kobiety. – Ten czub jest bufonem, ale i perfekcjonistą. Skoro dostał szansę okiełznania przyrody to z niej skorzysta.

Horokeu odepchnął się od futryny i odwiązując chustę z nadgarstka podszedł do stołu stając dokładnie pomiędzy dziewczynami. Rzucił wzorzysty materiał na blat i patrzył jak woda wsiąka w niego.

- Lian jest jak ta chusta. – powiedział – Mocny, wyrazisty, nietypowy, pozwala wszystkiemu, co go zainteresuje wsiąknąć w siebie, a kiedy ktoś mu zagraża, to dzieje się to. – wziął chustkę w ręce i wycisnął ją najmocniej jak się tylko dało. – Jego wiedza przenosi się na umiejętności i zalewa agresora, jednocześnie nie pozwala sobie na wytchnienie. Cały czas jest skupiony, czujny, tak samo jak ta chusta jest wilgotna. – oznajmił wręczając materiał w ręce Jun. – Twój brat jest wielkim wojownikiem, zaufaj mu w końcu.

- Horo, znasz Liana lepiej niż my dwie razem wzięte? Nie martwisz się o niego? – spytała zaintrygowana blondynka. Porównanie Horokeu było tak abstrakcyjne jak prawdziwe i była wręcz zszokowana jego trafnością.

- Nie, Anno. Martwię się jeszcze bardziej niż wy dwie razem wzięte. – odparł zabierając chustkę z rąk zielonowłosej. – Ren jest strasznie upartym człowiekiem, nie przestanie dopóki nie sprosta swoim oczekiwaniom. Ustawił sobie poprzeczkę naprawdę bardzo wysoko. – westchnął podchodząc do okna i uchylając je. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i włożył sobie jednego między wargi. – Uwierzycie, jak Wam powiem, że to On nauczył mnie palić? – zaśmiał się puszczając oczko do zszokowanej Jun. – Pirika myśli, że to Ryu, ale po ciężkim i bolesnym treningu to Ren pierwszy poczęstował mnie i Choco fajkami. Chociaż Choco dziecko ulic Nowego Jorku wcześniej popalał. To ja się przy nich uczyłem zaciągać. – dodał wypuszczając dym ustami. – Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, Anno. Ren zawsze Nam powtarza, że co nas nie zabije to Nas wzmocni. Jego wzmocni lodowata woda, albo będzie miał zapalenie płuc. – zaśmiał się gasząc niedopałek w doniczce z kaktusem.

- Teraz już wiem, dlaczego ten kaktus tak marnie wygląda… – westchnęła – Mówisz, że za dwa dni Lian do Nas wróci?

- Yhym. Dokładnie tak, Anno. – odparł sięgając po kubek z herbatą dziewczyny.

- Dlaczego dopiero za dwa dni?! – zagrzmiała Jun. Złapała chłopaka za nadgarstek i ścisnęła go mocno oczekując natychmiastowej odpowiedzi. – Dlaczego nie teraz?

- Ponieważ to perfekcjonista. – odpowiedział jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

- Pięć dób. – szepnęła bursztynowooka. – Pięć jest w kulturze chińskiej liczbą symbolizującą harmonię. – dodała patrząc Jun w oczy.

- Chcesz mi powiedzieć, że Ren osiągnie harmonię sam ze sobą, dopiero gdy minie piąta doba?! – krzyknęła mocno gestykulując.

- Uważaj z tymi szponami, Jun! – warknął, kiedy dziewczyna o mało nie wbiła mu paznokci w oko. – Jeśli Ren sam nie wylezie spod tej wody, to my mu w tym pomożemy, ot cała filozofia.

Zielonowłosa najwyraźniej uspokojona przytaknęła chłopakowi i wybiegła z pomieszczenia. Chwilę później dało się słyszeć dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych i urywany okrzyk Silvy, na którym zapewne dziewczyna się uwiesiła. Anna opadła na swoje krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Jeśli tak ma wyglądać jej życie w domostwie rodziny Dao to powinna się poważniej zastanowić nad propozycją Liana.

- Anno?

- Wszystko, ok. Jestem tylko zmęczona tym wszystkim. – przerwała mu zbywająco machając dłonią. Ten tylko przytaknął i przysiadł naprzeciw. – No i co? Znalazłeś swojego partnera? – zmieniła temat. Choco bardzo szybko znalazł swojego partnera, prawdopodobnie użył do tego zdolności Mike’a. W przypadku Horohoro utrudnieniem było nawet nazwisko mężczyzny. Nawet członkowie Rady nie mogli dopasować imienia do twarzy.

- Tak, choć przyznaję, że nie było łatwo. – westchnął marszcząc nos w wyrazie dezaprobaty. – Trafił mi się jakiś fetyszysta...

- Fetyszysta? – zapytała unosząc jedną brew ku górze. To Horokeu zna takie słowa?

- Nooo… Dostaje fizia na widok spływającego po ciele potu. Jak mi mówili, że to dziwak z hoplem na punkcie czystości to machnąłem na to ręką, ale teraz widzę, że to miało drugie dno… - mruknął przeczesując swoje włosy palcami. – Facet zachowuje się w stosunku do mnie, jak Ryu do swoich królowych.

- Przymila się? Przynosi kwiatki? I czekoladki? – odpowiedziało jej przytaknięcie ze strony Trey’a – Gratulacje, oto twój pierwszy adorator. Życzę szczęścia. – stwierdziła grzebiąc za czymś w swojej torebce.

- Nie! To jest facet! I do tego jest stary, pomarszczony i w cholerę zboczony! Nie zrobił jeszcze nic podchodzącego pod molestowanie, ale sama świadomość tego, że patrzy na mnie jak Ryu na swoje królowe sprawia, że chcę mu wybić wszystkie zęby… – zagrzmiał wyobrażając sobie, że szmatka, którą wycierał blat to szyja jego nowego partnera w walkach.

- W takim razie dobrze, że nie nocujecie w jednym miejscu… – odparła zapinając zamek błyskawiczny torebki. – Ja nie chciałabym usłyszeć swojego imienia dobiegającego z jego sypialni. – dodała wzdrygając się. Wstała od stołu z zamiarem udania się do Liana.

- Nie rozumiem, nie chciałabyś aby wołał Cię na pomoc? – zapytał zatrzymując blondynkę w drzwiach.

- Tak, jeśli oczywiście wiesz jaką pomoc miałam na myśli. – odpowiedziała posyłając niebieskowłosemu spojrzenie pełne dezaprobaty. – Dobrze jest być tak niewinnym… Pa Trey! – krzyknęła zostawiając chłopaka z rosnącym przerażeniem na twarzy.

- FUJ!!!!! – wrzasnął biegnąc prosto do łazienki.

C.D.N.

Horokeu jako rekompensata długości notki :)

31 lipca 2016

Flaminis-Exorcístæ - Część VII

Jak ma się więcej czasu wolnego, to wszystko idzie jakoś wolniej. 
Nawet pisanie opowiadań :/
---------------------------------------------------------------------------------------------

- Moi drodzy szamani! Jak zapewne się domyślacie trzecia runda będzie trudniejsza, niż Wasze wcześniejsze potyczki. Do tej pory działaliście w pojedynkę, licząc tylko na własne umiejętności i intelekt. Następnie współpracowaliście w grupach trzyosobowych, w której każdy z Was dodał coś od siebie wzmacniając rodzące się więzi i uczył się kompromisu. Teraz nadszedł czas na duety! – nastąpiła chwila ciszy w głośniku, a szmery w kawiarni stawały się nie do zniesienia.

Kalim widząc wzrastające poruszenie zaczął stukać łyżeczką w szklankę zwracając uwagę szamanów na siebie. Kiedy wrzawa ucichła przystawił palec wskazujący do ust, aby uciszyć gości na dłuższą chwilkę.

- Jestem z powrotem, moi drodzy! Doprawdy, nie można zostawić swoich notatek w widocznym miejscu, bo ktoś zaraz je sprzątnie! – W eterze rozbrzmiał głos jednego z sędziów, który najwyraźniej tłumaczył się ze swojego zamiłowania do sprzątania. – Wracając do meritum! Król Duchów połączy Was w pary, w których wcześniej nie współpracowaliście, jednak nie będzie to jedynym problemem! Każda walka będzie wyznaczona w innym miejscu całego Dobie Village! A lokalizacja będzie zagadką nawet dla Wielkiej Rady Szamańskiej! Rozumiem Wasze zdezorientowanie! – podniosła głos chcąc przekrzyczeć, jak jej się zdawało zdenerwowanych szamanów. – Na godzinę przed walką otrzymacie wiadomość, w której będzie instrukcja, w formie zagadki dzięki, której dostaniecie się na miejsce potyczki! Pamiętajcie, że Król Szamanów musi być nie tylko silny, ale również sprytny i inteligentny! W końcu przyjdzie mu rozwiązywać problemy całego świata! Powodzenia moi drodzy! Niech Król Duchów będzie z Wami! – zawołała, a połączenie zostało przerwane.

- I w tym momencie ani Choco, ani Horo nie nadają się na Króla Szamanów. – Komentarz Liana spowodował rozluźnienie się atmosfery w kawiarni. Ludzie zaczęli ponownie ze sobą rozmawiać i wymieniać się spostrzeżeniami na temat zasłyszanych nowości. Nie minęła chwila, jak dzwonki wyroczni zabrzmiały. Król Duchów nie zwlekał z wydaniem rozpiski.

Lian spojrzał na swój dzwonek, ale nie odczytywał jeszcze wiadomości. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie walczył u boku, któregokolwiek szamana, którego zna jakoś lepiej. Spojrzał na blondynkę, którą obejmował w swobodny sposób, nie osaczając jej dodatkowo. Ta była wyraźnie pogrążona w ponurych myślach, gdyż zmaltretowany kawałek sushi na jej talerzyku nie nadawał się już do zjedzenia, a ona wciąż skubała go pałeczkami. Złotooki chwycił w pałeczki inny kawałek, który zamoczył w sosie sojowym i podetknął go blondynce pod nos.

- Anno... – Dziewczyna wyrwana z zamyślenia pozwoliła siebie nakarmić, moment później posyłała już młodzieńcowi spojrzenie pod tytułem „Serio?”. Ten tylko wzruszył ramionami posyłając jej złośliwy uśmiech.

- Nie wolno bawić się jedzeniem. – odparł samemu częstując się przygotowanym dla nich daniem.

- Pfft! – prychnęła. – Sprawdź lepiej z kim będziesz musiał współpracować!

- Sprawdzę. – odparł. – Jak pójdziemy na nasz trening.

Dziewczyna przytaknęła uznając, że kłótnia na ten temat niczego dobrego im nie przyniesie. Poza tym nie powinna się denerwować.


- Sfermentowany budyniu! – Głos Feimei rozniósł się po zniszczonej części, niegdyś Kryształowego Pałacu. Szukając informacji o budynku, a w szczególności na temat jego zabezpieczeń białowłosa natrafiła na ryciny przedstawiające pierwotny pałac. – Dlaczego mi nie powiedziałeś, że to miejsce było kiedyś piękne?

- Feimei... – zmęczony głos wydobył się zza opieczętowanych drzwi sprawiając, że dziewczyna cofnęła się o krok.

- Kefirku... Co się dzieje? – zapytała podchodząc do drzwi. – Dlaczego jesteś taki zmęczony?

- Ponieważ taki jeden białowłosy upiór nie daje mi chwili wytchnienia! Kobieto byłaś tu już dziewięć razy! Ja też muszę spać! – wydarł się, aż talizmany zafalowały od podmuchu, który utworzył jego wrzask.

- O Kisiel, patrz! Dwa talizmany odpadły! – zawołała podnosząc nieszczęsne świstki papieru z podłogi. Teraz wyglądały jakby jakiemuś niemowlęciu się na nie ulało. – Mówię Ci, fuj! Dobrze, że nie widzisz jak one wyglądają bez foryoku!

- Czy Ty czasem słuchasz, co mam Ci do powiedzenia? – zapytał wzdychając lepiej niż Yohmei Asakura w toalecie.

- Jeśli jest to coś, co mi się przyda, to tak. – odparła z pełną szczerością na jaką było ją stać.

- Pfft!

- Nie prychaj, bo się jeszcze zetniesz, galaretko. – odparła siadając naprzeciw drzwi. Ostatnio robiła to codziennie, co strasznie denerwowało ufoludka w zamknięciu, ale tylko w ten sposób mogła przestać być obserwowana przez konkubiny. Kiedy zachowanie Feimei wydawało im się nudne, to przestawały zwracać na białowłosą jakąkolwiek uwagę. Nawet pomimo nakazu samego Pana.

- Feimei, czy Tobie czasem nie zbliża się okres? Cały czas nawijasz o jedzeniu. – Komentarz Króla Duchów postawił dziewczynie włosy na baczność, a ona sama rzuciła w drzwi swoim trzewikiem.

- Sczeźnij! – zawołała wymachując pięścią do drzwi.

- Wielkiej krzywdy to Ty mi w taki sposób nie zrobisz! – zaśmiał się wywołując wymianę zdań w brutalnej łacinie podwórkowej.

Duch kobiety odziany w złoto-różowe kimono z wyszytymi pawiami oddalił się nieśpiesznie do głównych komnat w zamczysku. Jej długie do pasa, hebanowe włosy powiewały za nią z gracją, z którą się poruszała. Za życia musiała uchodzić za niewyobrażalną piękność z równie paskudnym charakterem. Była jedną z trzech pierwszych. Ten status napawał ją satysfakcją, bo mogła rozkazywać każdej młodszej konkubinie, ale i pierwsza runda finałowa należała do niej. Ćwierćfinały zawsze były pełne napięcia. Ośmiu najlepszych, w tym wybranek duchów oraz wybranek rady. Chie, bo takie imię nadano jej za życia, uśmiechnęła się złośliwie. Miała w głowie już zalążek planu, w którym szamani rzucą się sobie do gardeł na Wielkiej Arenie. Tylko musi go jeszcze troszeczkę dopracować. Wchodząc do komnat konkubin odnalazła wzrokiem swój instrument. Została z nim pochowana, więc Guzheng* pojawił się razem z nią w objęciach Pana. Teraz musiała ułożyć melodię, którą zacznie manewrować uczestnikami niczym marionetkami! Jeśli jej się uda, to będzie mogła mieć prośbę do Pana, którą ten spełni. Nie mogła się już doczekać.


- Anno, powinienem zabrać dodatkowe ciężarki? – zapytał podchodząc do dziewczyny z torbą, do której wcześniej włożył omówione z blondynką przedmioty.

- Nie. Dziś popracujemy nad Twoją koncentracją. – odparła chodząc po pokoju z zamiarem sprawdzenia, czy wzięła wszystko, czego będzie potrzebować. – Właściwie zastanawiam się, czy nie wziąć ze sobą Horo i Choco.

- Ich też chcesz trenować? – zainteresował się zapinając torbę.

- Nie. – odpowiedziała zarzucając sobie na ramiona kremowy sweterek.

- Dlaczego, więc? – zapytał. Anna odwróciła się do chłopaka przodem i jak gdyby nigdy nic odparła:

- Bo będą Cię wkurzać.

- Dziękuję, postoję.

- Weźmiemy ich ze sobą. – zdecydowała. – W końcu musisz zacząć słuchać samego siebie! I wcale nie mówię o Twoim egoizmie! – zaznaczyła pukając chłopaka palcem w pierś.

- W takim wypadku, o wielka Pani, czegoż mam słuchać? – zakpił kłaniając się w pas przed blondynką.

- Serca, Dao. – odpowiedziała wzruszając ramionami. – Musisz pozwolić mu rozkruszyć kamień, który go wiąże. Jednak z tym poradzimy sobie małymi kroczkami. – mówiła kierując się w stronę wyjścia z domku. – Zaprowadzę Cię do miejsca, w którym zwykłam medytować. Liczę, że będziesz to robił przynajmniej raz dziennie. Bez zbędnych codziennych myśli możesz szybciej rozwiązać swoje problemy, albo udoskonalić strategię.

Lian ruszył za dziewczyną odzianą, dla odmiany, w liliowe kimono z wyszytymi błękitną nicią kwiatkami sakury. Włosy spięte w wysoką kitkę ozdobiła grzebykiem, a w dłoniach niosła kosz piknikowy. Dla szamanów, których mijali wyglądali jak para idąca na randkę. I tak miało pozostać. Popularność ludzi, którzy uczestniczyli w pokonaniu Wielkiego sięgała zenitu. Nie było osoby w Dobie, która by nie rozpoznała, któregokolwiek z przyjaciół Asakury. Dlatego lepiej było podać ludziom kontrolowane przez samego siebie plotki.


Para idąca główną ulicą Dobie Village przyciągała wzrok każdego obecnego tam szamana, czy ducha. Drobna blondynka o surowych, ale bezdennych, bursztynowych oczach w dobrze skrojonym kimonie i młody mężczyzna o lodowatym choć złotym spojrzeniu, które łagodniało tylko, gdy rozmawiał z młodą Itako. Jego włosy nie były ułożone w charakterystyczny czub. Spływały gładko po ramionach związane przy końcówkach w kitkę. Praktycznie stapiały się z kolorem Changshan**, które miał na sobie. Bardzo rzadko można było zobaczyć młodego Dao w tak tradycyjnym stroju, dlatego byli też i tacy, co robili parze ukradkowe zdjęcia. Jedną z takich osób był siedzący w jednej z restauracyjek Manta.

- Mój mały przyjacielu, dlaczego nie jesz? – zainteresował się Ryu, który był już przy deserze, a jego mały towarzysz jeszcze nie skończył drugiego dania.

- Ach! To nic! Zacząłem bawić się moim nowym aparatem i przypadkowo zrobiłem zdjęcie Annie i Renowi! – powiedział czekając, aż polaroid wydrukuje mu małe zdjęcie. – Spójrzcie!

Ryu, Tokageroh, Tamao oraz Konczi i Ponchi nachylili się nad stołem, aby spojrzeć na małe zdjęcie przedstawiające dwójkę ich przyjaciół. Manta, który po wznowieniu turnieju również przyjechał do szamańskiej wioski za punkt honoru obrał sobie dokumentowanie każdego dnia podczas trwania zgromadzenia. Teraz całkowicie zadowolony, że uchwycił dwie najmniej lubiące zdjęcia osoby i to w swobodnych pozach rozsiadł się na krześle. Zdjęcie przedstawiało Liana, który niósł na prawym ramieniu torbę z wystającym z niej kocem. Delikatnie obejmował blondynkę w pasie, gdy ta oburącz niosła mały kosz piknikowy. Głowy mieli odwrócone do siebie i rozmawiali, a na ich twarzach widniał spokój i harmonia. Widać było, że dobrze się ze sobą czują.

- Pani Anna rozkwitła! Związek z krótkomajtkiem najwyraźniej bardzo jej służy. – zawył rozpłaszczając swoją fryzurę z czasów Elvisa na stole. – Kiedy przyjdzie czas na biednego, starego Ryu?

- Nie martw się Ryu! Jestem pewna, że niedługo znajdziesz swoją wymarzoną partnerkę! – Różowowłosa delikatnie poklepała mężczyznę po ramieniu, aby za mocno się z nim nie spoufalać.

- Chyba po drugiej stronie! – zaśmiał się Konczi.

- Taką z czasów Elvisa! – dowalił Ponchi i obaj zanieśli się niepohamowanym śmiechem.

- Konczi! Ponchi! To nie ładnie! Przeproście Ryu!! – Teraz Tamao zawyła, kiedy jej stróże zaczęli ciągać ją za włosy.

- Hehe... Tutaj to zawsze sporo się dzieje. – Z uśmiechem maniaka blondyn zaczął pstrykać kolejne zdjęcia.

W całym tym rozgardiaszu żadne z nich nie zauważyło, kiedy do stolika przysiadł się Yoh. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że chłopak przegląda zdjęcia, które leżały na blacie stolika.

Nikt nie spostrzegł, że zabrał jedno z nich i przyglądał się mu z czystą rządzą mordu w oczach. Oczach, które spowiła czerwień.

Nikt nie usłyszał, jak gniecie kawałek papieru z uwiecznionym wizerunkiem pary młodych ludzi.

Nikt nie zobaczył, jak wbija paznokieć w głowę jednej z postaci z uśmiechem chorego psychicznie maniaka.

Nikt nie dosłyszał, jak mamrotał przekleństwa wymierzone w pretendenta do tronu Króla Szamanów, a swojego rywala.

Nikt, oprócz białowłosego upiora, który zszedł na ziemski padół wraz z zachodem słońca.

- Zniszczę Cię, Lianie Dao. – szeptał z chorą satysfakcją robiąc kolejne dziury w podobiźnie złotookiego szamana.


Anna zaprowadziła chłopaka w oddalone od codziennego zgiełku miasteczka miejsce. Z trzech stron świata było otoczone lasem, z ostatniej zaś przez wodę i skały. Odgłosy lasu, szum wiatru, uderzenie wodospadu o taflę niewielkiego jeziorka, a nawet trzaskanie ognia w dopiero co rozpalonym ognisku napawało chłopaka irracjonalnym spokojem. Tam, gdzie się wychował nie było nic oprócz skał. Ziemia otaczająca posiadłości Dao była mu doskonale znana. Wiedział w jaki sposób uderzyć, aby spadła lawina, albo kamienie roztrzaskały się w drobny mak. Tutaj było inaczej. Nie miał pojęcia jak poradzić sobie z drewnem, czy wodą.

- Lian. – Anna siedziała na kocu i wpatrywała się w języki ognia trawiące gałązki. – Horokeu i Choco dotrą tu za około godzinę. Do tego czasu musisz oczyścić swój umysł z niepotrzebnych myśli. Wejdź pod wodospad, a kiedy usłyszysz, że przyszli to dołącz do nas.

Złotooki przytaknął ruchem głowy. Podszedł do jeziorka i spojrzał w jego toń. Woda była przejrzysta do tego stopnia, że było widać dno. Jednak nie można było z całą pewnością oszacować głębokości. Lian cofnął się o krok i odwiązał pas ściskający jego brzuch. Przez głowę ściągnął długą do kostek kamizelkę w kolorze śliwek i znajdującą się pod nią koszulę z szerokimi rękawami. Złożył swoje ubranie na kamieniu przy jeziorku, a tuż obok postawił buty. W samych spodniach ruszył do wody. Stawiał drobne kroki, aby nagle nie znaleźć się pod taflą. Każdy ruch był przemyślany i ostrożny. Jednak bardzo szybko stracił grunt pod nogami. Będąc po szyję w lodowatej wodzie czuł, jak wszystkie członki mu drętwieją. Jego organizm domagał się wyjścia na brzeg. Przestał myśleć, podpłynął do najbliższej skałki. Wspiął się na nią i odetchnął czując ciepły wiatr owiewający go z każdej strony. Drżał patrząc na posiniałe dłonie i stopy. Wiedział, że są ma swoim miejscu, ale ich nie czuł.

Anna oglądał jego zmagania z lądu. Doskonale wiedziała, przez co przechodzi Lian. Zauważyła, że przestał się zastanawiać, kiedy woda zaczęła sięgać mu obojczyków. Wsłuchiwał się w swój organizm, który kazał mu opuścić wodę. Ona nie potrafiła tak dobrze wsłuchać się w samą siebie. Od razu dotarła do wodospadu, ale przyniosło to ze sobą wiele cierpienia i fizycznego i psychicznego. Lian dostosowywał się do zaistniałej sytuacji. To dobrze wróżyło.

Złotooki siedział skulony wśród skał chcąc zachować jak najwięcej ciepła. Zaciśniętymi w pięści dłońmi rozmasowywał ramiona i nogi odziane w materiałowe spodnie. O dziwo, nie myślał. Mimo wyziębienia odczuwał komfort umysłowy. Po jakimś czasie podniósł spojrzenie na wodospad, miał pod nim medytować.

Przechylił delikatnie głowę na bok, jakby zastanawiając się, czy na pewno chce znów znaleźć się pod wodą. Wciąż przyglądając się opadającym strumieniom chłopak wstał i robiąc krok na przód, wsunął się w błękitne odmęty.

- Anno, co Ren wyprawia w tym jeziorze? – pytanie Choco, choć jak zwykle nie na miejscu, pozwoliło dziewczynie na chwilę relaksu. Cały czas się zastanawiała, czy będzie go wyławiać i jak to zrobi, ale skoro chłopcy już dotarli, to miała to już z głowy.

- Próbuje nie zamarznąć. – odpowiedziała wiedząc, że temperatura wody była największą barierą do pokonania.

- To nie jest zwyczajna woda, prawda? – Horokeu przykucnął obok siedzącej dziewczyny obserwując przyjaciela, który właśnie wypłynął pod strumieniem opadającej cieczy. – Ta woda wygląda wręcz na arktyczną.

- Bo taka jest. – odpowiedziała. – Jest naładowana foryoku Króla Duchów, tylko tutaj można osiągnąć ostatni stopień skupienia. A jak wiecie, Lianowi bardzo trudno jest się skupić.

- To prawda. – zaśmiał się Afroamerykanin pocierając koniuszek swojego, pokaźnych wielkości nosa. – Jak rozumiem mamy go rozpraszać?

- A jednocześnie będziecie trenować uniki. Czyż to nie wspaniale? – zaćwierkała wbijając tym chłopaka w podłoże.

- Wybacz Anno, ale wolimy, abyś była cholerną suką. Kiedy jesteś słodka i miła... Spójrz sama na Choco! Przecież on wybrał się już na herbatę do samego Króla Duchów! – zawołał wskazując na komika, który z szoku wyzionął ducha.

- Cóż będę musiała go wskrzesić... – oznajmiła wyciągając swoje korale.

Krzyków, wyzwisk, plaskaczy i śmiechu nie było końca, ale Lian wciąż nie reagował. Jego wzrok utkwiony był w skałach, a raczej w białowłosej dziewczynie siedzącej na nich.
Jej usta cały czas się poruszały.     




------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 
* Guzheng - (chiń. 古箏, pinyin: gǔzhēng), chińska cytra – chiński instrument szarpany przypominający cytrę. Od niego pochodzi japoński instrument koto. [klik]
** Changshan - tradycyjna chińska męska suknia, odpowiednik damskiej cheongsam (qipao). Znana również jako changpao lub dagua. [klik]

30 czerwca 2016

Flaminis-Exorcístæ - Część VI

Jestem! 
Wróciłam! 
Sesji pomachałam różową chusteczką, naładowałam baterie i znów mogę pisać :D 
Zapraszam na kolejną część opowiadania! 
---------------------------------------------------------------

Białowłosa zjawa przemierzała korytarze wielkiego, ponurego zamczyska. W ręku trzymała świeczkę, z której wosk spływał po delikatnych, bladych palcach. Zdawała się nie odczuwać bólu, chociaż dłonie nosiły ślady mocnych oparzeń. Jej twarz przyozdabiał ponury wyraz rezygnacji. Wiedziała, że nie obejdzie zabezpieczeń i nie uda jej się uciec. Pogodziła się ze swom losem, przynajmniej do pewnwgo stopnia. Teraz myślała o tym, aby odpowiednia osoba wygrała turniej. Kolejna osoba pokroju Pana zniszczy to miejsce i cały świat szamański. Tego była pewna.

Przystanęła w pół kroku, gdy ze ścian odpadły fragmenty kamienia. Nasłuchiwała pilnując, aby samemu się nie poruszyć.

Wszystko trzymało się tylko na słowo honoru. I nie wiedziała, czyjego honoru.

Kolejne kroki stawiała delikatnie, aby nie wydać najmniejszego dźwięku. Będąc duchem uwięzionym w ludzkim ciele, było to dość kłopotliwe. Mogłaby przelewitować ostatnie metry, ale Pan stwierdził, że ciekawie będzie, jeśli zachowa swoje ludzkie ciało. Uznał, że będzie miał wiele zabawy. I miał. Lubił ją torturować, chociaż ona nie odczuwała związanego z tym bólu. Utrudniało jej to całą egzystencję w zamczysku, który od tysiąca lat musiała nazywać domem. Dla niej był tylko budynkiem, który przeraża swym chłodem i ciemnością.

Zatrzymała się przed masywnymi, ale skromnymi drzwiami. Były poznaczone czerwonymi talizmanami, które miały powstrzymać czającą się za nimi siłę. Dobrą siłę. Samego Króla Duchów.

- Niebieska galaretko? – szepnęła. Doskonale wiedziała, że to określenie denerwuje stwora zamkniętego w tej części zamku.

- Feimei... – warkot był przesiąknięty irytacją, której dziewczyna się spodziewała, ale domieszka znużenia i zmęczenia sprawiły, że białowłosej ode chciało się drwić. – Potrzebujesz czegoś, prawda?

- Tak, Kami-sama. – odparła pochylając głowę. Mimo, że okazywała szacunek zamkniętym drzwiom, jej dusza kapłanki garnęła się do swoich nawyków.

- Czego potrzebujesz? Wiesz, że nie mogę zrobić zbyt wiele, moje dziecko. – wyszeptał stwór.

- Wiem, ale może udałoby ci się wysłać mnie do Dobie? – zapytała z wyczuwalnym napięciem w głosie.

- Do Dobie? Od tak? Na zakupy? – zapytał drwiąc sobie z dziewczyny.

- Nie! Nie na zakupy! – Chciała krzyknąć, ale wydała z siebie tylko słaby do usłyszenia pisk.

- Zatem? – dopytł z ciekawością. Dotąd konkubiny chciały udać się do Dobie tylko na zakupy.

- Potrzebuję spotkać się z szamanem, który ma wygrać turniej! Muszę sprawdzić, czy nadaje się na Króla! Czy... – urwała spuszczając wzrok na swoje stopy ubrane w granatowe trzewiczki.

- Czy nadaje się na Twojego męża? To chcesz powiedzieć, prawda? – zapytał i zadumał się na chwilę. Dziewczyna była dla niego jak otwarta księga, wszystko mógł wyczytać z jej duszy. – Osoba, która powinna wygrać turniej w tym pięćsetleciu jest odpowiednia, aby podnieść nasz świat do góry. Hao napsocił ponownie i dzięki niemu, Pan przestał być czujny. Jeśli pretendent okaże się na tyle sprytny, aby sprostać próbom wymyślonym przez trzy konkubiny, wygra, a wtedy jego siła fizyczna ocali go przed śmiercią.

- Co masz na myśli mówiąc o jego sile fizycznej? – dopytała spoglądając na drzwi spod białej grzywki.

- To, że pretendent może zostać otruty w dniu finału, tak samo jak Twój przyjaciel. – przemówił, a talizmany poruszyły się nieznacznie. Wyglądało na to, że niektóre treści zostały również ocenzurowane przez duchowego dyktatora.

- Mówisz o Seikim, prawda? – szepnęła. Niestety odpowiedziała jej cisza. Najwyraźniej wyczerpała możliwość usłyszenia odpowiedzi na swe pytania. Przymknęła lodowo błękitne oczy wsłuchując się w otaczający ją świat. Musiała znaleźć drogę do świata żywych… ale jak?

*

Poruszenie, które pojawiło się w domku drużyny Rena zniknęło równie szybko, gdy ofiara przemyconego, wielorybiego tłuszczu stwierdziła, że pozabija swoich kompanów z drużyny. I tak oto Chocolove polegiwał pod okazałym tulipanowcem amerykańskim próbując plastikową łyżeczką wykopać sobie grób. Horokeu ostatkami sił bronił się przed szarżą ostrych mieczy tylko po to, aby upaść po podcięciu, które zastosował na nim złotooki. I mimo prób przeturlania się na bezpieczną odległość dostał po tyłku tępą stroną katany, w którą przemienił się miecz błyskawica.

Przypatrujące się wszystkiemu dziewczęta odetchnęły z ulgą. Przynajmniej wszyscy jeszcze żyją. Jun postanowiła podnieść zdewastowanych przedstawicieli innych nacji, w między czasie wymieniając słodkie słówka z narzeczonym. Narzeczonym, który oglądał wszystko z drzewa, pod którym konał Choco.

Lian wrócił się do domku. Czuł się brudny, spocony i miał kapcia w ustach. W całym tym ferworze wściekłości na Horohoro, a raczej jego wielorybi tłuszcz, zapomniał umyć zęby po wymienianiu umizgów z muszlą klozetową. Westchnął przeciągle i otarł sobie czoło przedramieniem.

– Lian? – zatrzymał go głos blondynki stojącej przy barierce otaczającej mały taras przy wejściu do ogrodu, w którym dokonał masakry.

– Jak się oporządzisz zaczniemy trening. – powiedziała przeszywając młodzieńca spojrzeniem. – Masz wielkie pokłady foryoku, ale zużywasz je zbyt szybko w atakach, które nie muszą być wcale takie mocne, aby pokonać przeciwnika. – powiedziała spoglądając na ledwo żywą dwójkę. – Musimy nad tym popracować, jeśli chcesz wygrać turniej. – oznajmiła.

Przechodząc obok złotookiego złapała go za warkocz i pociągnęła w stronę wejścia do domku. Chińczyk ruszył za nią.

~

– Od czego zaczniemy? – spytał siedząc już w wannie. Dziewczyna, jak na dobrą żonę przystało, przygotowała mu gorącą kąpiel, podczas, gdy on brał otrzeźwiający prysznic.

– Musisz nauczyć się słuchać swojego foryoku. – powiedziała przeczesując filetowe pukle małym grzebykiem. – Jest to umiejętność przeznaczona tylko dla Itako, ale z racji tego, że nawiedza Cię dość nieprzyjemna zjawa… Niech tylko spróbują się pluć o cokolwiek. – wyszeptała, a błysk w jej oczach mówił sam za siebie.

– Wziąłem sobie za żonę niezłego bodyguarda. – stwierdził unosząc prawy kącik ust.

– Żebyś się tylko nie przestraszył tego bodyguarda. – odparła rzucając mu na głowę ręcznik. – Dość już tego moczenia. Za dwa kwadranse Goldva przedstawi reguły trzeciej rundy. Musimy być w kawiarni Kalima, aby ich wysłuchać. – wychodząc z łazienki rzuciła. – Masz pięć minut na ogarnięcie się, dziubasku.

Złotooki przez kolejne trzy minuty zanosił się histerycznym śmiechem.

~

–Anno! Wyglądasz bajecznie! Dlaczego wcześniej nie nosiłaś hanfu?! – zawołała Jun, gdy tylko wcisnęła dziewczynę w piękny strój z czarną górą i czerwoną spódnicą.

– Nikt mi nigdy na to nie pozwolił. – odparła przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Wyglądała naprawdę pięknie. Podkreślone błyszczykiem usta i maźnięte tuszem rzęsy wystarczyły, aby dodać dziewczynie odrobinę kobiecości. – Jun? Czy bluzka nie za bardzo uciska mi biust? Powinnam być, aż tak płaska w tym stroju? – zrzędziła stojąc bokiem do lustra z dłonią na klatce piersiowej.

– Ależ nie! Hanfu uwydatnia kobiece atuty! Wyglądasz fenomenalnie! – ćwierkała, jakby nie widząc niezadowolonego spojrzenia swojej przyszłej bratowej.

– I tak uważam, że nie mam cycków w tej kiecce… – syknęła krzywiąc się do swojego odbicia. – Jun, jesteś gotowa? Jeszcze chwila i się spóźnimy. – zapytała oglądając się na zielonowłosą. – Chcę wiedzieć na czym będzie polegać trzecia runda turnieju.

– Tak, Anno. Jestem gotowa, możemy iść. – odparła zabierając małą, wykonaną z nabłyszczonej skóry kopertówkę, która pasowała do jej zielono śliwkowego hanfu.

Dziewczęta wyszły z pokoju na piętrze i pokierowały się schodami na parter. Wiedziały, że mężczyźni czekają na nie na zewnątrz. Dlatego skorzystały z okazji i jeszcze raz przejrzały się w dużym lustrze przy wyjściu z domku.

~

– No, gdzie one są tyle czasu?! – pieklił się Horokeu. – Nam kazały być gotowe w pięć minut, a ich nie ma już dwadzieścia!

– Nie piekliłbyś się tak, gdyby Pirika była z nimi. – skomentował Lian, doskonale wiedząc, że niebieskowłosa została na Hokkaido, aby pielęgnować pola dla drobiażdżków, a każde niezadowolenie brata potraktowałaby grubym żelaznym łańcuchem. Możliwe, że Horokeu, któregoś uderzenia by nie przeżył.

- Właśnie! Inaczej dostałbyś takie manto, że byś się nie podniósł! W kobietach siła! – zawołał ciemnoskóry chłopak ubrany w różową bluzę, czarną spódniczkę i z niebieską peruką na głowie. Przy czym wymachiwał łańcuchem, którego nie tak dawno używała wspomniana dziewczyna, aby ukarać swojego starszego brata. – Dziwne, że go tu zostawiła, może jeszcze zawita do Dobie? Z niebieskowłosymi nigdy nic nie wiadomo... – rozmyślania Liana przerwał Chocolove, który w ferworze uciekania rzucił w niego niebieską peruką.

- Jeszcze Ci mało, matole? – zapytał złotooki, kiedy Usui ganiał komika dookoła jego osoby. – Szczerze? Mam was po prostu dosyć. – dodał podstawiając haka ganiającym się.

- Spokojnie Lianie. – Silva przymknął jedno oko obserwując, jak przyjaciele z drużyny przyszłego szwagra turlają się z wielkim hałasem kilka metrów dalej. – Nie bądź dla nich, aż tak okrutny…

- Nie będę ich głaskać po główkach za każdą głupotę, którą wymyślą. Są przecież dorośli. – mruknął. Ruszył w stronę domku, z którego wyszły dziewczyny. – Horo i Choco postanowili poczekać na nas na miejscu. – powiedział nie reagując na uniesioną brew blondynki.

- Och! W takim razie ruszajmy! Silva! – odparła Jun i podbiegła do mężczyzny cała w skowronkach. Ten z uśmiechem wysunął ze swoich włosów orle pióro i wpiął je w koka zielonowłosej.

- Teraz już nikt nie ma prawa zbliżać się do Ciebie z chęcią flirtu. – odparł z uśmiechem, którego sam Hao by się nie powstydził.

- Krew Wielkiego płynie w jego żyłach. – stwierdziła Anna, uśmiechając się jednym kącikiem ust.

- Z tym nie mogę się kłócić. – westchnął Lian. – Przynajmniej wiem, że Jun jest z nim bezpieczna.

- Czasami mam wrażenie, że cierpisz na kompleks starszej siostry. – zironizowała ruszając w stronę gruchających gołąbeczków.

- Fuj… Nie insynuuj mi tu takich rzeczy! – syknął – To obleśne…

- Przynajmniej teraz wiem, że wszystko z tobą w porządku. – zaśmiała się pozwalając złotookiemu prowadzić się pod mankiet.

*

- Niebieska galaretko! – zawołała stojąc ponownie przed oklejonymi talizmanami drzwiami. – Wiem jak dostać się do Dobie!

- Słucham, moja droga? – odparł uwięziony Król Duchów.

- Musisz oddzielić moją duszę od ciała! – zawołała. – Jako duch mogę podróżować do świata żywych.

- Zdajesz sobie sprawę, że tylko szaman, który pokonał śmierć będzie mógł Cię ujrzeć i usłyszeć? – dopytał wiedząc, że to wcale nie będzie łatwe zadanie.

- Wiem, ale muszę spróbować! Od tego zależy...

- Wiem, wiem, wiem. – przerwał jej w pół słowa – Pomogę Ci.

- Dziękuję!

- Pamiętaj! – warknął. – Będziesz miała tylko noce w świecie żywych. Za dnia Pan zorientuje się, że twojej duszy nie ma w pałacu.

- Do pałacu to tej chlewni dużo brakuje... – syknęła pod nosem.

- Słyszałem. – warknął elektryzując dziewczynie włosy, tak aby stały dęba.

- Oj no... – westchnęła. – Tak, to ja się przyszłemu mężowi nie pokarzę...

- Hahahahahahahaha!

*

Kawiarnia Kalima stała na obrzeżu wioski. W przeciwieństwie do restauracji, którą prowadził z Silvą nie miała ona charakteru amerykańskiego salunu, jednak wszędobylskość kaktusów, plemiennych masek, totemów i nawet mapy z zaznaczonymi na niej klanami Indian jasno mówiła o przywiązaniu mężczyzny do swoich korzeni. Jednocześnie było to miejsce doprawdy przytulne. Tkaniny na kanapach, drewniane stoliki i stołki, ogromne palenisko zajmujące środek pomieszczenia, czy nawet bar, przy którym Anna i Lian ostatnio pili. Wszystko, włączając w to uśmiechniętego Kalima, sprawiało, że człowiek odpoczywał fizycznie, duchowo i psychicznie. Może dlatego było to miejsce najbardziej lubiane przez złotookiego? Ostatnio potrzebował stabilności duchowej bardziej niż psychicznej, czy fizycznej. W pewnym stopniu otrzymywał to w tym miejscu. Jednak była to kropla w morzu jego potrzeb.

Wchodząc do budynku Jun od razu pobiegła w stronę małego stoliczka, jedynego wolnego w lokalu. Miał on dostępne dwa krzesła i kanapę, na której mogłyby się zmieścić dwie osoby. Musiałyby tylko siedzieć bardzo blisko siebie. Jun i Silva zajęli krzesła zmuszając Annę i Liana do ciśnięcia się na kanapie. Oczywiście oboje podsumowali to wymownym prychnięciem.

- Siadajcie, siadajcie! – zawołała z uśmiechem. – Goldva najwyraźniej jeszcze niczego nie przedstawiła.

- Co prawda ma na to jeszcze minutę. – przypomniał Silva. Spoglądając na narzeczoną z konsternacją.

- I tak się spóźni.

- Lepiej, aby się nie spóźniła. – dodał Lian. – Marnujemy czas siedząc tu bez celu.

- Więc zamówmy coś! – odparła Jun wręczając bratu menu.

- Jeśli Kalim przygotuje mi sushi, to przestanę narzekać. – oznajmił złotooki spoglądając na siostrę z wyzwaniem.

- Ten dzień nadszedł! Lian Dao przestanie narzekać. – zaśmiał się ciemnoskóry Indianin stawiając przed chłopakiem talerz pełen smakołyków z surowej ryby. – Anno mam nadzieję, że będzie wam smakować.

- Dziękujemy. – odparła równie zaskoczona, co narzeczony.

- Silva kuper do góry! Nie widzisz, że mamy wielu gości? Już, już! Jun Ci z nikim nie ucieknie. - gadał popychając bruneta w stronę kuchni. Zielonowłosa ze śmiechem pomachała mu na pożegnanie białą chusteczką.

- Widzę Ren, że doskonale Ci się powodzi. – usłyszeli, a chwilę później Yoh siedział na miejscu Silvy.

- Nie narzekam Asakura. – odpowiedział obserwując… przyjaciela?

- Yhym! Słyszałem! – zawołał posyłając wszystkim swój wyluzowany uśmiech. – To doskonale! Nie warto marnować życia na zmartwienia. Tym bardziej, że wyrobiłeś sobie fory u Wielkiej Rady Szamańskiej! Nie codziennie twoja siostra wychodzi za sędzię. – powiedział zahaczając palcem o pióro wpięte we włosy Jun. Szamani będący w kawiarni porzucili swoje zajęcia na rzecz przysłuchiwania się rozmowy dwóch najpopularniejszych uczestników po wznowieniu turnieju.

- I kto to mówi? Twój kuzyn jest sędzią, Yoh. – odparł z nonszalancją podpierając podbródek o knykcie lewej dłoni.

- Ah! I tu mnie masz! – zaśmiał się jednocześnie wzruszając ramionami. – Jednak… - dodał i spojrzał z rozbawieniem na blondynkę siedzącą obok Liana.

- Co za „jednak”, Asakura? – Lian zwęził oczy domyślając się, że brunet walnie jakimś niedojrzałym i seksistowskim tekstem.

- Powiedz mi Ren… - powiedział nachylając się w stronę chłopaka. – Jak to jest eksploatować zużytą zabawkę? Nie lepiej kupić sobie dmuchaną lalę? – zapytał, a brązowe oczy iskrzyły się z uciechy. Większość przysłuchujących się wszystkiemu szamanów wciągnęła powietrze z głośnym świstem, a niektórzy zaśmiali się perfidnie po tym komentarzu.

- Wiesz Yoh, jakby ci to powiedzieć… - odparł odchylając się na oparcie kanapy i obejmując Annę ramieniem. – Najpierw ta „zabawka” musiałaby być zużyta, jakbym miał ci coś na ten temat powiedzieć. Jeśli wiesz o czym mówię, oczywiście. – spuentował posyłając brunetowi podszyty irytacją uśmiech.

- Ty! – Yoh złapał Liana za przód bluzki i przyciągnął do siebie tak, że ich nosy prawie się stykały. Jego wykrzywiona we wściekłości twarz nie przypominała już ludzkiej, oczy połyskiwały na krwisty kolor, a zęby wydawały się być zaostrzone. Lian złapał bruneta za dłoń i odgiął palce zaciśnięte na granatowym materiale.

- Jeden zero dla mnie, Asakura. – szepnął odpychając chłopaka na krzesło. – Yoh, jeśli chcesz walczyć to Kalim chętnie nam posędziuje. Jednak pamiętaj, że przegrany odpadnie z turnieju.

Brunet rozejrzał się po pomieszczeniu. Szamani stali przy swoich stolikach nie do końca wiedząc, czy się wtrącać i ich rozdzielać, sędziowie, a okazało się, że było ich trzech w kawiarni, byli gotowi rozpocząć walkę szamańską.

- Tsyk! – prychnął wstając z krzesła. – Zmierzymy się w rundzie finałowej. Mam nadzieję, że do niej wytrwasz, Dao.

- Jeśli ty wcześniej się nie rozpadniesz to spotkamy się w finale, Asakura. – odparł zakładając nogę na nogę. Piwne oczy zwęziły się delikatnie, a młodzieniec ruszył do wyjścia z kafejki. Jakoś nikt nie zwrócił uwagę na to, że praktycznie całe ciało miał obwiązane bandażami, nosił czarne materiałowe spodnie o długich nogawkach, bluzki lub koszule z długim rękawem i pachniał liliami stawianymi w kryptach cmentarnych.

- Ekhem! Ekhem! Witam Was drodzy szamani! Wybaczcie to spóźnienie, ale ktoś wyrzucił moje notatki… - Z radia powieszonego pod sufitem wydobył się głos Goldvy. Trzecia runda turnieju rozpocznie się lada moment.

C.D.N.


Hanfu Anny
Hanfu Jun

30 kwietnia 2016

Flaminis-Exorcístæ - Część V

*

Białowłosa Mei Mei po ponad tysiącu lat u Pana przyzwyczaiła się do panujących w zamku zasad. Jednak, nigdy ich nie stosowała. Uważała siebie za osobę wolną, mimo tego, że żyła w zamknięciu. Miała własne zdanie, marzenia i pragnienia zupełnie niezwiązane z Panem. Niestety Pan wciąż nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego.

- Seiki, czego On chce? Czego tym razem chce? – zapytała podążając za brunetem. Głowę miała wysoko uniesioną, a oczy przymknięte, aby nie było widać w nich jej obaw.

- Nie wiem, Mei Mei. – odpowiedział niosąc przed sobą żelazną latarenkę z palcą się świeczką w środku. – Jednak... – dodał ciszej. – Turniej powoli się kończy...

- Może mieć plany związane z moją osobą... – szepnęła stając przed drzwiami do komnat Pana. – Zaanonsuj mnie przyjacielu.

- Oczywiście Panienko.

Seiki wsunął się przez uchylone drzwi pozostawiając dziewczynę na zewnątrz. Musiał odgonić zabiegające o względy Pana nałożnice, aby móc zaanonsować Śnieżną Panienkę.

- Mój Panie – zaczął – Śnieżna Panienka przybyła na Twoje żądanie. Czeka na audiencję. – mówił wprost do ucha Pana. Mężczyzna skierował swoje spojrzenie na szamana odzianego w granatowe kimono. Sięgnął dłonią do twarzy mężczyzny i zawinął sobie na palec ciemny pukiel, opadający na policzek młodzieńca.

- Doskonale. – mruknął – Moje drogie... – zwrócił się do kobiet siedzących dookołą niego. – Musicie mi wybaczyć, ale mam pewną ważną sprawę do załatwienia. Nasza Śnieżna Panienka nie może długo czekać. – powiedział klaszcząc w dłonie. Kobiety powinny podnieść się i opuścić złocone komnaty, jednak one nie poruszyły się. – Moje drogie... Jeśli nie odejdziecie same, kara Was nie ominie. Wyjdźcie.

Konkubiny prychnęły, założyły ręce na piersi albo porozsiadały się na poduszkach. Nie miały najmniejszego zamiaru opuszczać swojego Pana. Miały pierwszeństwo.

Mężczyzna zacisnął usta w wąską linię i ściągnął brwi w gniewie. Gwałtownym ruchem dłoni utworzył wicher, którym odrzucił kobiety pod drzwi od komnat.

- Wynoście się! Nad karą zastanowię się później. – wywarczał posyłając w ich stronę wyładowania elektryczne.

- Brawo Panie, doprawdy jesteś umiłowanym władcą tego świata. – ociekający ironią głos białowłosej w akompaniamencie powolnych lecz głośnych oklasków doskonale przekazywał jej podejście do zaistniałego zdarzenia.

- Ach! Moja kochana Śnieżna Panienka. Jak zwykle weszłaś bez pukania... – powiedział zbliżając się do dziewczyny – I co ja mam z Tobą zrobić? – wyszeptał łapiąc dziewczynę za szyję. Podniósł ją zrównując ze sobą ich spojrzenia.

- Możesz mnie odstawić. – prychnęła zakładając ręce na piersi. – Miałeś podobno do mnie jakąś sprawę.

- Oczywiście, jak zwykle przechodzisz szybko do sedna. – cmoknął zwiększając uścisk na gardle dziewczyny. Przyciągnął ją do siebie i patrząc w jej oczy powiedział – Zostaniesz żoną kolejnego Króla Szamanów.


- Martwię się... Liana nie ma już ponad godzinę... – Zielonowłosa lamentowała kolejny raz obchodząc salonik w domku drużyny „The Ren”. Martwiła się o wszystko począwszy od Liana poprzez przodków porozumiewających się z Lianem, a skończywszy znów na Lianie. Po prostu jako pełnoetatowa starsza siostra zamartwiała się o swojego malutkiego braciszka.

- Jun usiądź. Lian wróci wtedy, kiedy załatwi wszystkie swoje sprawy. – Anna nawet nie podniosła spojrzenia znad swojej robótki. Szycie uspokajało ją, a zważywszy na swój stan powinna być spokojna i opanowana jak najdłużej.

- Może masz rację... – powiedziała stając w oknie.

- Oczywiście, że mam rację. – szepnęła przewracając oczami. Miała problem z odpowiednimi wymiarami górnej części ubrania. W końcu szyła strój dla Liana, w którym ten mógłby walczyć. Już dawno spostrzegła, że złotooki ma problem ze swobodnym poruszaniem się podczas walki. Spodnie nie pozwalały na dłuższe kroki, a kamizelka changshan usztywniała sylwetkę zapobiegając gwałtownym ruchom.

- Zrobię herbaty! – Z rozmyśleń wyrwał ją nagły okrzyk fioletowookiej. Kobieta wyparowała z pomieszczenia jakby goniło ją stado rozemocjonowanych szamanów. Blondynka uniosła prawą brew w zdziwieniu. Młodej doshi pomogłoby wyciszenie pod wodami wodospadu i medytacja. Najlepsze, aby zachować równowagę.

- Proszę Anno, Twoja herbata. Zrobiłam zielonej pamiętam, że ją lubisz. – Jun produkowała się w najlepsze, kiedy Anna miała ochotę przydzwonić głową w stolik przed sobą. Jak szamani odzyskują równowagę? Medytując. Tego chciała zjawa. Chciała, aby Lian medytował! 

- Anno? Anno!!

- Och?! Co się stało? – zapytała wyrwana z zamyślenia.

- Odpłynęłaś gdzieś myślami. Pytałam, co szyjesz? – ponowiła pytanie mocząc usta w naparze z liści herbaty.

- Próbuję wykonać coś w czym Lian będzie mógł swobodnie walczyć w kolejnych rundach. Niestety na tą chwilę zamiast kamizelki mam tunikę z rozcięciami do wysokości klatki piersiowej. – odpowiedziała rozkładając materiał na stoliku. Jedwab delikatnie przesunął się po drewnie mieniąc się w świetle porannego słońca. Haft zdobiący dolną część tuniki był misterny, a wyszyty w nim kwiat lotosu przyciągał uwagę swoim złotym kolorem.

- Anno, to jest piękne! – zawołała wskazując na hafty. – Nie wieżę, że zrobiłaś to cudo w czasie, kiedy ja kręciłam się po domku bez celu. – oznajmiła kręcąc w niedowierzaniu głową.


Lubię taką pracę, więc możliwe, że dlatego poszła mi szybciej. – odparła doszywając zapięcie przy szyi. – Jednak nadal nie jestem przekonana, do tego stroju.

- Może uszyjesz Lianowi hanfu do walk? – zapytała przesuwając palcami po rękawie tuniki. – Lian całe życie chodził w hanfu i w takim stroju ćwiczył. Dopiero, gdy ojciec wysłał nas do Tokio Li-chan zaczął nosić changshan.

- Lian walczył w takim stroju? – dopytała pozostawiając guzik samemu sobie.

- Tak. W końcu nie dość, że jest arystokratą to w przyszłości zostanie Królem Szamanów. Musi umieć się prezentować w każdej sytuacji.

- Dobrze, że mi to mówisz... – stwierdziła zaglądając do skrzyni z materiałami, które przyniosły jej kukły Jun. – Lian dostanie burgundowe changshan i śliwkowe hanfu.

*

Złotooki przeglądał papiery, które przedstawił mu jego dziadek. Chang wyszukał wiele intrygujących informacji. Ponownie dowiedział się, że Królem Szamanów zawsze zostawał Asakura, czy jakie walki odbywały się w Dobie, a jakie na różnych końcach świata. Informatorzy rodziny Dao musieli być doprawdy sowicie wynagradzani za swoją pracę. Miał nawet opisy poszczególnych ataków reprezentantów poszczególnych rodzin szamańskich. Odłożył mniej ważne, w tej chwili, papiery i odwiązał wstążkę zakręconą wokół trzech pożółkłych zwojów. Przysunął sobie świeczkę uważając, aby wosk nie spłynął z podstawki na pergamin.

- Znalazłeś to czego potrzebowałeś? – Głos Changa rozniósł się po małym pomieszczeniu bez okien. Trzymane tu były najważniejsze papiery należące do rodu Dao.

- Nie do końca. – odparł Lian. – W większości potwierdziłem to, czego dowiedziałem się w Bibliotece Szamańskiej w Dobie. – westchnął przecierając oczy. – Jak Ty sobie dajesz radę przy świetle świec?

- Och! To stara szkoła Li-chan. – oznajmił zbywająco machając dłonią. – Jednak uważam, że nie powinieneś niszczyć sobie wzroku w tak młodym wieku. Oczy przydadzą Ci się w turnieju. – dodał przysiadając się do chłopaka. – Daj mi te zwoje. Ja jestem już stary i dobry wzrok nie przyda mi się w trumnie.

- Dziadku...

- Cicho. Zobaczmy... – powiedział przeszukując tekst wzrokiem. – W tym zwoju masz opisaną pokrótce historię rodu Fushimi. Jak już zapewne wiesz ród ten wywodzi się z Japonii i to z królewskiej linii. Książe Hirohito osiedlił swoją drugą żonę w Chinach na terenach sąsiadujących z naszymi dawnymi włościami. Ród nasz został zobowiązany do ochrony posiadłości od wschodniej części. – opowiadał praktycznie nie zaglądając do tekstu. Chang Dao znał na pamięć treść wszystkich ksiąg, zwojów i pergaminów znajdujących się w posiadłości. – Druga żona księcia była kobietą ze zubożałej rodziny szlacheckiej, jednak na tyle inteligentną i sprytną, że nikomu nie udało się jej zgładzić. Urodziła monarsze syna, który odziedziczył chińskie tereny. Był równie inteligentny co matka. Niestety nie można tego powiedzieć o samym księciu. Podpisał on wyrok śmierci na swoją ulubienicę, ponieważ nie przeczytał tego, co podpisywał. Nasz ród nie miał nic do gadania. Związano nam ręce jednym pismem z królewską pieczęcią. – powiedział zatapiając się na chwilę w swoich myślach.

- I zgładzono księżną? – zapytał zastanawiając się, czy dusza księżnej jest tą, która go nawiedza?

- Niestety tak. Księżna, jej syn i na końcu synowa. Och! Ona podobno była zjawiskowa.

- Co masz na myśli, dziadku?

- Została obdarowana gwiezdnym kimonem! Jej dusza po śmierci miała stanąć u boku samego Króla Duchów! – zachwycał się wskazując na drugi zwój, w którym połyskiwała pieczęć Klanu Patch. Były w nim opisane zasady jakich miała przestrzegać kobieta po śmierci. Między innymi była adnotacja, aby pielęgnowała w swym sercu wieczną miłość do niebieskiej galaretki.

- Gwiezdna konkubina? – powiedział odczytując znaki na pergaminie.

- Dokładnie Li-chan. – przytaknął otwierając ostatni zwój. – Nikt jednak nie wiedział, że kobieta urodziła dziecko. Dziewczynkę, której istnienie ukrywali ze względu na nienaturalnie białe włosy. Teraz wiemy, że mała mogła cierpieć na albinizm, jednak wtedy ludzie zrobiliby wszystko, aby złożyć ją w darze królowi. Nawet, jeśli byłaby jego wnuczką. Jej przeznaczeniem miało być zostanie nałożnicą. Jednak potomek naszego rodu oświadczył się jej. – ucichł gładząc swoją siwą, kozią bródkę.

- Oświadczył? – dopytał patrząc jak mężczyzna ładuje sobie fajkę tytoniem.

- Tak. – odparł wydmuchując dym. – Twój imiennik tysiąc lat temu oświadczył się młodej damie. Podobno próbował przerwać egzekucję Pani Shihui[limonka]. Jednak ta kazała mu chronić swoją córkę. Podobno ukrył Śnieżną dziewczynę w górach przed cesarzem i swoimi rywalami w turnieju. – westchnął pykając, co jakiś czas z fajki. – Niestety poniósł śmierć z ręki żony swojego rywala. Moim zdaniem było to tchórzostwo ze strony tego plugawca. Wysłał swoją brzemienną żonę, aby wykonała czarną robotę. Przecież wiadome było, że Lian nie skrzywdzi tej dziewczyny. Nie dość, że kobieta to jeszcze spodziewająca się dziecka. – starzec wypuścił dym nosem. – Mamy bardzo niechlubną opinię w szamańskim świecie, jednak żaden! Podkreślam to Lianie, ŻADEN mężczyzna nie skrzywdził kobiety, ani tym bardziej jej dziecka. Wpajałem to Twojemu ojcu, jednak on inaczej zinterpretował me słowa. Dlatego, Ty! Pamiętaj! Nigdy, pod żadną postacią, nie skrzywdź swej rodziny, ani żadnej innej. Pokaż tym skorumpowanym plotkarzom, że Dao nie czaple i swój honor mają!* – wykrzyczał szturchając młodzieńca w klatkę piersiową. Był zdenerwowany, a zarazem zrezygnowany. – Mój drogi wnuku, ukrywamy się już tyle czasu... Wybacz staremu dziadowi jego niechlubne zachowanie względem Ciebie, głowy naszego rodu. – Mężczyzna opadł na oparcie krzesła zasłaniając twarz zniszczonymi przez wieloletnie treningi dłońmi.

- Dziadku. – westchnął przymykając swoje złote oczy. – Nie mam czego Ci wybaczać. Wiem jak ważne dla naszej rodziny jest oczyszczenie ze wszystkich, nieprawdziwych zarzutów. Wiem również, że wszystko, co do tej pory robiliście było dla mojego i Jun dobra. Rozumiem to. Nie jestem już dzieckiem, które wykrzykuje, to co ślina mu na język przyniesie. Poznałem świat szamanów i świat ludzi. Poznałem Yoh Asakurę, potomka najbardziej krwawego rodu szamańskiego i widziałem jego śmierć.

- O czym Ty mówisz, dziecko drogie!? – zawołał wpatrując się w młodzieńca szeroko otwartymi oczami.

- Mam wrażenie, że historia zatacza koło, dziadku. Nawiedza mnie duch kobiety i nakazuje opiekę nad swą córką. – powiedział przyciągając starca do siebie. Złote źrenice spowił błękit, a Chang Dao był kolejnym światkiem okaleczenia duszy młodego szamana.


Anna siedziała już kolejną godzinę wśród materiałów, igieł i nici. Była pochłonięta zadaniem, które sobie wyznaczyła. Jednocześnie w głowie układała rozkład całego treningu, który powinien pomóc Lianowi w okiełznaniu zjawy. Dochodziło południe, a Liana jak nie było, tak nie ma. Horokeu i Choco zdążyli obudzić się, wstać i zejść coś zjeść.

- Anno? – Z pracy wyrwał ją głos niebieskowłosego. – Mogę się przysiąść? – zapytał stojąc nad dziewczyną z kupkami z herbatą i talerzem pełnym kanapek.

- Tak, przecież Ci tego nie zabronię. – odparła zbierając igły i nici z blatu niskiego stoliczka, przy którym siedziała na dużej poduszce.

Horohoro postawił tackę z naczyniami na stoliku i usiadł naprzeciw dziewczyny. Chciał wypytać, a zarazem czuł, że nie powinien się mieszać w sprawy pomiędzy Anną i Yoh. 

- Pytaj.

- Co? – wystraszył się. Całkiem zapomniał, że dziewczyna ma reishi.

- Pytaj, skoro to takie ważne. – odpowiedziała nie podnosząc wzroku. Całą swoją uwagę poświęcała wyszywanemu wzorowi.

- Właściwie... ja... um... Co się stało? – wyrzucił z siebie wpatrując się w dziewczynę.

- Sama chciałabym wiedzieć. – odpowiedziała na moment przerywając pracę nad płaszczem. – Zostałam odrzucona przez ród Asakura. Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, nawet kto zajął moje miejsce. Wiem tylko, że straciłam dom, miejsce, do którego należałam. – powiedziała odcinając ostatnią nitkę i kończąc swoją pracę. – Dzięki Lianowi mam gdzie się udać. Nie odwrócił się ode mnie, tak jak powinien. Tak, jak zrobiłby to każdy szlachcic z szamańskich rodów. Będę mu dłużna do końca moich dni. – dodała zdejmując spinkę ze swoich włosów. – Lian uczynił mnie pierwszą konkubiną, co jest dla mnie teraz szczytem marzeń. – podała spinkę niebieskowłosemu, aby ten sam poczuł bijące od niej foryoku. Moc nastawioną na ochronę.

Niebieskowłosy uchylił usta czując moc szczypiącą opuszki jego palców. Siła zaklęta w tym małym grzebyku... Jednak nastawiona na obejmowanie, a nie wptapianie się w osobę ją noszącą. Taką konfigurację stosowano tylko, gdy...

- Anno? – szepnął zszokowany. Dziewczyna posłała mu smutny uśmiech i przyłożyła palec wskazujący do swoich ust. To była tajemnica. – Rozumiem. Pamiętaj, że ja również nigdy się Ciebie nie wyprę. Jak będziesz miała dość bufonowatego krótkomajtka to wiesz gdzie możesz przyjechać! Hokkaido stoi dla Ciebie otworem! – zaśmiał się wpinając z powrotem grzebyk w blond włosy.

- „Bufonowatego krótkomajtka”? Powiększasz zwój zasób słów Usui? – komentarz Liana od razu postawił niebieskowłosego na nogi.

- Zawsze był większy niż Twój wzrost, maluszku!

- Niech no ja tylko Cię dorwę w swoje ręce Ty troglodyto! – krzyknął ruszając biegiem za wyskakującym przez okno człowiekiem śniegu. Jednak zamiast wyskoczyć za nim, zamknął okno.

- Przynajmniej teraz będzie chwila spokoju. – odparł wracając do dziewczyny.

- Pamiętaj, że Choco kręci się gdzieś tutaj. – powiedziała mocząc usta w kolejnej tego dnia herbacie. Lian, który wgryzł się w kanapkę posłał jej zirytowane spojrzenie.

- Już się obudził? Przecież nie ma jeszcze południa. – Nie patrząc na półmisek chwycił kolejną kanapkę.

- Lian, nie! – krzyknęła, ale było już za późno. Złotooki biegł już do toalety, aby wymienić się całusami z muszlą klozetową.

- Żyjesz? – zapytała wsadzając głowę do łazienki.

- Yhym... – usłyszała pomruk i zobaczyła śmiertelnie bladą twarz chłopaka pochylającego się nad sedesem. – Co to było?! – zaskrzeczał ocierając usta wierzchem dłoni.

- Myślę, że wielorybi tłuszcz. – oznajmiła, a głowa chłopaka ponownie wylądowała w muszli klozetowej. – To ja Ci może potrzymam włosy... Zanim je sobie obrzygasz... – szepnęła łapiąc fioletowe pukle na karku Liana. Zanim chłopak doszedł do siebie zdążyła spleść je w gruby i długi warkocz.

C.D.N.

* "Polacy nie gęsi, iż swój język mają" - Mikołaj Rej. - Jest to niezamierzone powiązanie, Rej mówił o ojczystym języku, a Chang o honorze.  

16 kwietnia 2016

Flaminis-Exorcístæ - Część IV


*
Wysoki brunet odziany w granatowe kimono ze srebrnym wykończeniem pospiesznie pokonywał kolejne korytarze kamiennego zamczyska. Drogę oświetlał mu księżyc zaglądający do wnętrza przez wielkie okna w stylu francuskiego gotyku. Okna spowite były szkłem i żelaznym okratowaniem.
Młodzieniec kierował się do skrzydła, które zamieszkiwały nałożnice jego Pana. Pędził do tej najmłodszej, a zarazem najczęściej próbującej uciec.

- Mei Mei? Pan Cię wzywa do siebie. Powinnaś udać się tam i to szybko. – powiedział wchodząc do maleńkiej komnaty należącej do najmłodszej nałożnicy.

Większą część pomieszczenia zajmowało łóżko z baldachimem wykonane z ciemnego, prawie bordowego drewna. Pościel na nim była w kolorze kości słoniowej, a poduszki i narzuta czerwone. Poza łóżkiem w pomieszczeniu znajdowała się malutka toaletka, również z bordowego drewna. Na niej zwykle stało stare, uszczerbione lusterko ze srebrnym obramowaniem. Teraz lusterko spoczywało w dłoniach dziewczyny. Siedziała ona bokiem do wejścia na szerokim parapecie i patrzyła przez okratowane, wielkie na całą szerokość pomieszczenia okno.

- Mei Mei! Proszę, idź do Niego! – Jego głos tym razem był bardziej stanowczy. Obawiał się, że dziewczyna zostanie skrzywdzona za swe nieposłuszeństwo. Starsze konkubiny tylko czekały, aby zniszczyć ulubienicę Pana. – Mei Mei!

- Słyszę Cię Seiki, słyszę. – odpowiedziała szeptem. Spojrzała w zwierciadło i bardzo delikatnie się uśmiechnęła. – Matka… Ona chce mi pomóc.

- Nigdy w to nie wątpiłem, Mei Mei. – odparł podchodząc do siedzącej dziewczyny. Położył dłoń na jej głowie i delikatnie przeczesał śnieżnobiałe włosy. – Jestem pewien, że teraz uda Ci się stąd wydostać.

- Chciałabym… - zaczęła, ale zamilkła wtapiając swój wzrok w zwierciadło.

- Czego byś chciała? Mei Mei?

- Męża. Męża takiego jak On. – szepnęła zatapiając się w swoich myślach.

- Jak kto? Mei Mei? Odpowiedz.

- Męża. Kogoś, jak kolejny Król Szamanów. – odpowiedziała przeszywając bruneta swoim lodowo-błękitnym spojrzeniem. – Zrobię wszystko, aby wygrał turniej i zabrał mnie z tego piekła. Wszystko.

Była już późna noc. Księżyc wyglądał zza okratowanego okna oświetlając postać młodej panienki siedzącej na szerokim parapecie. Ubrana była w piękne, błękitno - granatowe kimono z symbolem gwiazd wyszytym srebrną nicią. Jej długie, śnieżnobiałe włosy nabierały srebrnych refleksów, gdy poruszała głową. Jednak to jej lodowate, bladobłękitne oczy żarzące się nagromadzonym foryoku sprawiały, że człowiek widział w niej uosobienie wszelkiego gniewu i żalu. Opuszczona i sponiewierana przez los dusza, która teraz odzyskała nadzieję.

*

W Dobie Village nastał świt. Szamani zaczynali budzić się i przygotowywać na kolejny, pełen nowości dzień. Dziś Goldva powinna napomknąć "coś" na temat kolejnej rundy i tego na czym będzie ona polegać. Wszyscy oczekiwali tej chwili w napięciu.

Lian i Anna kierowali się do domku drużyny chłopaka. Oboje byli zmęczeni i zmarznięci. Jednak wychodzenie w nocy bez okrycia było ryzykowne. W końcu byli na pustyni, prawda?

Chłopak otworzył drzwi i puścił dziewczynę przodem. Blondynka skierowała się do kuchni, aby zaparzyć herbatę i jeszcze raz porozmawiać ze złotookim. Dobrze im się rozmawiało, ale wciąż nie wiedziała, jak zareaguje rodzina Dao na jej odpowiedź?

- Anno? – zapytał przystając w wejściu do kuchni.

- Tak?

- Przygotuję Ci posłanie w pokoju Jun, powinnaś odpocząć. – oznajmił nie czekając na odpowiedź.

- Nie przyzwyczajaj się Dao. Jeśli myślisz, że teraz będziesz mi rozkazywać to się grubo mylisz! – wysyczała zakładając ręce na piersi. Chłopak na te słowa stanął i spojrzał nad ramieniem na blondynkę.

- Na to właśnie liczę, Kyoyama. – prychnął i z krzywym uśmieszkiem ruszył na piętro domku.

Dziewczyna stała w swojej sławnej pozie, aby po chwili parsknąć śmiechem. Z pobłażliwym uśmieszkiem wróciła do przygotowywania śniadania dla lokatorów.

- CO TO MA ZNACZYĆ?!! – Krzyk chłopaka spowodował, że dziewczynie wypadł nóż z ręki. Ruszyła biegiem za głosem, nawet nie myśląc nad swoim czynem. Dopiero na piętrze stanęła nieopodal chłopaka oczekując zagrożenia. Ren zagradzał wejście do pokoju swojej starszej siostry i wyglądał na mocno wytrąconego z równowagi, aby nie podać gorszego określenia...

Anna podeszła do niego i zajrzała do pomieszczenia. To, co zobaczyła przewyższyło jej oczekiwania. Spodziewała się Horo i Choco grających z Jun w pokera na fanty w postaci ubrań. I oczywiście zobaczyła roznegliżowaną Jun, ale zamiast wspomnianych wcześniej gamoni, w pokoju stał Silva. Silva z okręconym dookoła bioder prześcieradłem. Zszokowana spojrzała na Jun, która czerwona na twarzy niczym pomidor chciała załagodzić sytuację.

- Lian, braciszku. Nic takiego się przecież nie dzieje… Mamusia i tatuś wiedzą o Silvie… Lepiej, że jestem z Silvą, a nie z duchem, prawda??! – próbowała jeszcze bardziej się czerwieniąc.

Złotooki stał z założonym rękoma na klatce piersiowej. Jego usta były ściśnięte w wąską linię, a oczy zamrażały każdego, kto w nie spojrzał. W końcu postanowił się odezwać.

- Macie minutę, a potem oboje, w pełni ubrani stawiacie się w kuchni. Mamy sporo do omówienia. – wysyczał odwracając się do kochanków plecami. – Jeśli myślisz, że to Cię ominie, to jesteś w błędzie, Silva. Znikniesz, a ja Cię znajdę i zabiję za zbałamucenie mojej siostry. Czy to jasne?!

- Tak. – odpowiedzieli chórem. Silva nie dał rady czmychnąć przed rozsierdzonym Dao. Lian zamknął drzwi do pokoju młodej doshi i podając Annie rękę wrócił z nią na parter.

*

- Siadajcie przy stole. Ile mamy na Was czekać ze śniadaniem? – zapytał, gdy ani Jun,  ani Silva nie przekroczyli progu pomieszczenia, choć warowali przy drzwiach od dobrych kilku minut.

Złotooki nie spojrzał na kochanków, nawet przez moment. Cały czas zastanawiał się jak rozegrać tą sytuację, aby obyło się bez ofiar. Stał i patrzył na budzące się do życia miasteczko.

- Lian, chcesz mleko czy herbatę? – pytanie Anny oderwało go na chwilę od podziwiania widoku. Spojrzał na dziewczynę, która w międzyczasie wzięła prysznic. Teraz była ubrana w czerwoną sukienkę w chińskim stylu, włosy związała w wysoką kitkę, a nad jej prawym uchem wpięta była złota spinka. Oznaka narzeczeństwa.

- Mleko. Poproszę mleko, Anno. – odpowiedział podchodząc do stołu i siadając naprzeciw swojej siostry.

- Proszę, Twoje mleko. – odparła stawiając przed chłopakiem jego napój. Przed Jun i Silvą postawiła czarki z wiśniową herbatą. – Zastanawiałam się, jak przyjmiesz mnie jako swoją szwagierkę Jun, a tu ja zastałam ten niespodziewany widok. Co my z tym zrobimy? – Temat podjęła Anna. Posłała jednocześnie pokrzepiający uśmiech do zielonowłosej kobiety.

- Zgadzam się z tym niespodziewanym widokiem. – dodał Lian. - Tym bardziej, że jeśli Wasz związek wyjdzie na światło dzienne to ja zostanę zdyskwalifikowany z turnieju. – westchnął obrzucając kochanków ciężkim do zinterpretowania wzrokiem.

- Nie, to…!

- Jun! Taka jest prawda! Silva jest z plemienia! To może zostać uznane jako przekupstwo, albo coś gorszego. – Lian nie pozwolił sobie przerwać. – Po pierwsze, na Wasze „spotykanie się” pozwolenie musi wydać cała Wielka Rada! Nie mówiąc już o społeczeństwie szamańskim, które zapewne macie w głębokim poważaniu! Macie chociaż pozwolenie od rady?! – zapytał patrząc z wyrzutem na sędziego. Nie chciał unieszczęśliwiać siostry, ale jeśli to samowolka Silvy… Zabije go, po prostu udusi i zakopie na pustyni.

- Tak. Dostałem je wczoraj. – odparł sędzia ściskając dłoń ukochanej.

- Co na to rodzina? – zadał kolejne pytanie.

- Nie mają żadnych zastrzeżeń, jednak nie pytaliśmy jeszcze przodków. – odparła Jun. Kiedy poczuła na sobie oskarżycielskie spojrzenie brata, skuliła się w sobie.

- Dobrze. Zapytam przodków, co o tym myślą. – powiedział przymykając oczy w geście rezygnacji.

- Dziękuję braciszku! – krzyknęła wieszając się chłopakowi na szyi.

- Jednak. – dodał odsuwając siostrę od siebie. – Ty, Jun, wprowadzisz Annę w świat żony rodu Dao. Masz to zrobić porządnie, rozumiesz?

- Oczywiście bracie. – odparła pochylając głowę przed złotookim.

- Dobrze, w takim razie, zostawiam Annę w Twoich rękach siostrzyczko. Zjedźcie śniadanie, ja w tym czasie porozumiem się z przodkami.

Lian wstał od stołu całując siostrę w czoło, był to gest symbolizujący opiekę i miłość. Uczynił tak również z bursztynowooką.

Po tym, jak głowa rodu Dao opuściła pomieszczenie, Jun zaczęła opowiadać blondynce o historii rodziny. Opowiedziała o latach świetności, sprzymierzeńcach i wrogach. Ze smutkiem wspominała o zdradzie i wygnaniu na pustkowie. Na koniec zaczęła mówić o obowiązkach żony.

- Twoim obowiązkiem będzie doglądanie rodziny. Musisz być posłuszna matce, doglądać ojca i dziadka i na pewno znajdą się dla ciebie jakieś prace domowe. Kiedy urodzisz Lianowi syna staniesz się równa jemu i będziesz mogła wybrać mu drugą żonę lub konkubinę. Myślę, że Lian nie będzie chciał w domu nałożnic. Wspominałam, że po urodzeniu dziecka możesz odmówić kontaktów seksualnych mężowi? – zapytała podkreślając wagę swych słów uniesionym palcem wskazującym. – To się wiąże z wyborem nałożnicy lub drugiej żony i tylko w naszej rodzinie! Kobiety rodu Dao mają bardzo dużo przyjaznych sobie praw. W ogóle jak będziesz dobrze żyła z Lianem to na pewno będziesz miała jeszcze więcej praw niż nasza matka. Pierwsza żona zawsze ma najlepiej! – zawołała klaszcząc w dłonie.

- Oczywiście Jun. – odparła posyłając dziewczynie uśmiech.

Anna już w tym momencie wiedziała, że urodzi dziedzica. Cieszyła się z tego, że Ran Dao nie zdąży sprawdzić jej czystości. Zanim turniej się skończy ona urodzi Lianowi pierworodnego. Cieszyła się również z tego, że ród Dao wciąż praktykował poligamię. Ona zyskała oparcie, ochronę i ojca dla swego dziecka, a Lian może jeszcze zyskać miłość. Musiała mieć tylko oczy szeroko otwarte, aby nie przeoczyć tej odpowiedniej kandydatki.

*

Lian siedział już jakiś czas w swojej sypiali próbując oczyścić umysł z wszelkich niepotrzebnych myśli. Musiał przenieść się do rodzinnej posiadłości i przejść do świątyni, aby porozmawiać z przodkami. Na tą okazję ubrał nawet kimono z płaszczem w kolorze śliwy.

- Następnym razem będę musiał wziąć ze sobą Annę. Muszę ją przedstawić… - pomyślał zapadając w trans.

Staną po środku ciemnego pomieszczenia. Ruchem ręki zapalił ustawione świece i ruszył w dół kamiennymi schodami. Pamiętał to miejsce ze swoich dziecięcych lat. Wtedy bał się duchów zamieszkujących te mury. Teraz wiedział, że są one przychylne jego osobie.

Stanął przed armią zombie stworzonych na przestrzeni wieków. Miał pełne prawo kontrolować te kukły, jednak nie uśmiechało mu się wyręczać czyimiś rękoma. Sam chciał zwyciężyć w turnieju, a tej armii użyje tylko w ostateczności.

- Duchy rodu Dao! Przybądźcie. – powiedział unosząc głos. Nie musiał długo czekać, aby sala zajaśniała od duchowej energii.

- Lianie, głowo Naszego rodu! – usłyszał głosy zebrane w jeden jednolity dźwięk.

- Witajcie moi przodkowie. Przychodzę do Was w imieniu moim i mej narzeczonej oraz w imieniu mej siostry i jej oblubieńca. – powiedział oczekując reakcji duchów.

- Słuchamy. – odparły, a w pomieszczeniu zafalowała duchowa energia.

- Oblubieńcem mej siostry jest sędzia Wielkiego Turnieju Szamańskiego – Silva potomek Wielkiego, który pięćset lat temu odrodził się w Klanie Patch. – powiedział ponownie czekając na reakcję duchów.

- Dobrze, Klan Patch jest silny. Silni będą potomkowie. – Duchy przemówiły dopiero po dłuższej chwili, ale ta odpowiedź ucieszyła młodzieńca. – Kim jest Twa wybranka, Lianie?

- Moją wybranką jest Itako. Pochodząca z Osorezan i wychowana przez Kino Asakura. Itako, która opanowała moc tysiąca osiemdziesięciu korali. Anna Kyoyama przyjęła moje oświadczyny. – oznajmił, a pomieszczenie rozbrzmiało szeptami i okrzykami zachwytu.

Tak, teraz duchy przodków w niczym mu już nie odmówią. Uśmiechając się jednym kącikiem ust ruszył w drogę powrotną. Czekało go jeszcze spotkanie z żyjącymi członkami rodu Dao, ale nie zamierzał im poświęcać więcej czasu niż to byłoby potrzebne. Musiał wrócić do Dobie i przekazać dobre wieści. Przemierzając korytarze posiadłości spotkał mentora rodu.

- Lianie, witaj moje dziecko. - zaskrzeczał zakładając ręce za plecami. Lubił uchodzić za niegroźnego staruszka.

- Witaj dziadku. Widzę, że dobrze się miewasz. – odpowiedział przystając i czekając, aż starzec zrówna się z nim.

- Jak widzisz, mój drogi. – przyznał. – Mam dla ciebie kilka informacji na temat rodu Fushimi. Napijesz się ze mną herbaty, prawda?

- Oczywiście dziadku. Mam nadzieję, że te informacje są tego warte.

- Oczywiście, że tak! Nie będę Cię przecież odciągał od narzeczonej. – odparł posyłając wnukowi wszystkowiedzące, zimne spojrzenie. – Doskonale wykorzystana sytuacja. Sam bym tego lepiej nie ugrał. Pamiętaj, że pokładamy w Tobie wielkie nadzieje. Liczę na dziedzica.

- Ja również, dziadku. Liczę na to, że urodzi się chłopiec. – powiedział zostawiając starca za sobą. Nie miał ochoty widzieć tego zadowolonego uśmieszku. Na szczęście matka nie będzie mogła rozkazywać Annie, a jeśli będzie chciała to on już ją naprostuje. Nikt nie będzie zaglądać do jego sypialni.

C.D.N.
-----------------------------------
Kilka słów od autorki ;) 

Jakby ktoś był ciekawy skąd pomysł z poligamią, to ciocia wikipedia ma nawet ciekawie opisany artykuł. Zapraszam chętnych do poczytania : "Klik"
Notki pojawiać się teraz będą raczej co dwa tygodnie, jednakże jeśli na uczelni będzie laba - to częściej :) 
Pozdrawiam~!